Śmieszni i genialni
Rozmowa z György Spiró
Spiró: Europa znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu, który – wbrew temu, co się mówi w mediach – zaczął się bardzo dawno temu. To doskonałe warunki do rozwoju radykalnych postaw religijno-politycznych.
Grzegorz Jankowicz: Co musi się wydarzyć w kulturze i społeczeństwie, żeby mistycy zaczęli podnosić głowy?
György Spiró: Mistycyzm jest związany z kulturą europejską w stopniu większym, niż nam się wydaje. Słychać dziś zewsząd opinie, że ta niezwykle ciekawa tradycja słabnie, traci na znaczeniu, znajduje się na marginesie współczesnych przemian społeczno-kulturalnych. To prawda, że główny nurt współczesnej kultury – w wyniku świadomych lub intuicyjnych działań jego uczestników – próbuje się oczyścić z mistycznych naleciałości (dzieje się tak od czasów Oświecenia). Współczesna kultura wytwarza pozory takiej „czystości”. Ale mistycyzm jest przechowywany przez nasze języki.
Wpływ tradycji mistycznej na rozwój języków spowodował, że nawet najbardziej zsekularyzowane umysły były i nadal są zmuszone posługiwać się pojęciami, które w dużej mierze posiadają proweniencję mistyczną. Mówię to jako ateista, który krytycznie spogląda na wspomnianą tradycję, ale jednocześnie jest przekonany, że bez jakiejś wiary po prostu nie sposób żyć.
Trzeba zaznaczyć, że wiara – jako kategoria – używana jest dziś w kontekstach, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z religią, a jednak przy uważniejszej analizie ów związek okazuje się bardzo mocny. Myślę, że początków tego procesu nasączania naszego języka mistycyzmem należy szukać jeszcze w erze przedchrześcijańskiej.
Zgoda. Ale chodzi mi o sytuację, w której mistyka miesza się z polityką.
To zupełnie inna kwestia. Jestem zwolennikiem politycznego racjonalizmu. W trudnych czasach prymitywne odpowiedzi na skomplikowane pytania społeczne zyskują na popularności. Modne stają się polityczne zabobony. Cała Europa jest dziś w stanie głębokiego kryzysu – to są wymarzone warunki dla różnej maści radykałów. Nie powinno nikogo dziwić, że pojawiają się orędownicy poglądów bliskich faszyzmowi czy bolszewizmowi. Niezwykle ważna jest właściwa danemu społeczeństwu tradycja oporu przed politycznym mistycyzmem. Zawsze zazdrościłem Polakom, że aktywnie walczyli z faszyzmem (jeśli chodzi o walkę z bolszewizmem, to Węgrzy też mają swoje na koncie).
Dziś chyba nie ma czego zazdrościć. Pańską powieść Mesjasze1 o towianizmie można czytać jako komentarz do tego, co się u nas dzieje. Jak Pan powiedział przy jakiejś okazji: bez mistycznego smaru znów nie idzie.
To był cytat z Karnawału – wspaniałej powieści mistyka Bély Hamvasa, jednego z moich ulubionych pisarzy. Hamvas zmarł w 1968 roku, ale jego twórczość i postawa światopoglądowa wciąż są aktualne. Spotkały się w nim dwa sprzeczne impulsy: racjonalizm i mistycyzm. Uważał, że jeden bez drugiego nie może istnieć. Więcej: bez zachowania balansu między tymi siłami społeczeństwo nie jest w stanie poprawnie funkcjonować.
Nie zapominajmy, że Hamvas był przede wszystkim pisarzem. Interesowały go komplikacje ludzkiej natury, napięcia, które wynikają ze zderzania się przeciwstawnych sił. Nie miał oporu przed portretowaniem idiotów, postaci owładniętych ideologiczną manią. Nie tylko ich portretował, ale sam wchodził w ich skórę, przyglądał się światu z ich perspektywy, w celach artystycznych wcielał się w ludzi, z którymi się nie zgadzał. Uważał, że jeśli pisarz nie potrafi dać przekonującego wizerunku idioty, to nie jest dobrym pisarzem. Dziś Hamvas z pewnością broniłby potrzeby wiary, ale zarazem strzegłby granicy oddzielającej teologię i politykę.
Jeśli chodzi o współczesną scenę polityczną w Polsce, muszę wyznać, że z węgierskiej perspektywy trudno powiedzieć, o co chodzi. Wydaje mi się, że nawet u nas, w Europie Środkowej, kultura i gospodarka są dziś ważniejsze niż poglądy polityczne, a jednak w obu naszych krajach dochodzi do pomieszania religii i polityki.
Unia Europejska gwarantuje swobodę wyznania, a jednocześnie za wszelką cenę stara się zachować religijną neutralność. W Parlamencie Europejskim są sale przeznaczone do refleksji (tak zwane sale skupienia), w których mogą przebywać przedstawiciele wszystkich religii pod warunkiem, że pozostawią na zewnątrz symbole związane z własnymi wyznaniami. Jak Pan ocenia pomysł utworzenia tej eksreligijnej przestrzeni?
To bardzo dobra decyzja. Nie jest ona wymierzona przeciwko religii jako takiej, lecz ma na celu zrównoważenie wpływów poszczególnych wyznań. Należy jednak zapytać, czy utrzymanie takiej równowagi jest w ogóle możliwe? Czy da się wypracować neutralny model interakcji między przedstawicielami różnych religii? Czy możliwy jest wzajemny szacunek, którego miarą będzie umiejętność wycofania się z pozycji roszczeniowych i uniwersalistycznych? Można to bez problemu osiągnąć w dwóch salkach Parlamentu Europejskiego – wystarczy odpowiednia instrukcja. Trudniej o podobne porozumienie w całej Europie, która jest prawdziwym tyglem wyznaniowym.
Czy krytycy tego neutralnego modelu współistnienia różnych wyznań walczą w imieniu uniwersalizmu swej wiary?
Stawką w grze o religijną neutralność UE jest utrzymanie pewnej koncepcji polityczności, która wspiera się na przekonaniu, że nie można mieszać teologii z polityką, jak to się wielokrotnie działo w przeszłości. Można przeprowadzić test, zadając pańskie wcześniejsze pytanie przedstawicielom różnych środowisk społecznych. Założę się, że największe protesty przeciwko decyzji Parlamentu Europejskiego o powołaniu do istnienia sfery eksreligijnej pojawią się ze strony zagorzałych zwolenników upolitycznienia religii lub – na odwrót – ureligijnienia polityki. Oni walczą o kształt współczesnej polityki. Religia jest tutaj tylko narzędziem, za pomocą którego legitymizuje się pewną formę władzy. Mistyczny smar jest według nich potrzebny do skutecznego działania maszyny zarządzającej społeczeństwem.
Nie zgadza się Pan z tym poglądem, ale jednak podkreśla Pan, że Europa nie powinna pozbyć się tradycji religijnej.
Jak powiedziałem, bliska jest mi postawa racjonalna. Ale fundamentem Europy – także współczesnej Europy – jest religia: z jednej strony pogańska (grecka), z drugiej chrześcijańska. Jestem Europejczykiem, więc jest to również moja tradycja. Nie wierzę w dogmaty, ale pewne wartości europejskie są mi bliskie. Nie oznacza to jednak, że chciałbym współczesne problemy rozwiązywać za pomocą pharmakonu, czyli – w zależności od stężenia składników – lekarstwa lub trucizny zrobionej z mieszanki polityki i religii.
Jak długo będzie istnieć cywilizacja, tak długo będzie istnieć religia. Człowiek nie jest w stanie bez niej żyć. Ale właśnie dlatego musimy walczyć o racjonalizm i za pomocą racjonalizmu poddawać tę wszędobylskość religii intelektualnej kontroli. Człowiek najpierw był zwierzęciem religijnym, potem stał się zwierzęciem politycznym, dopiero z czasem wykształcił racjonalne sposoby radzenia sobie z wiarą i uprawiania polityki. Okazały się one zbawienne – to dzięki nim świat zachodni osiągnął tak wiele.
Sytuacja jest paradoksalna, przypomina błędne koło. Unia robi wszystko, by problemy tożsamości religijnej nie przeszkadzały w swobodnej wymianie handlowej. Stawia gospodarkę ponad religią. Z drugiej jednak strony kryzys gospodarczy sprawia, że prymitywny mistycyzm podnosi głowę.
W trudnych czasach proste odpowiedzi na skomplikowane pytania zyskują na popularności. Europa znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu. Ten kryzys zaczął się – wbrew temu, co się mówi w mediach – bardzo dawno temu. To doskonałe warunki do rozwoju radykalnych postaw religijno-politycznych.
Jak w tym kontekście powinniśmy traktować wybuchy przemocy, które mają podtekst religijny (morderca Anders Behring Breivik powoływał się na chrześcijaństwo jako jedno ze źródeł swej „doktryny” społeczno-politycznej, zamachy islamskich radykałów również dokonywane są w imię religijnego przebudzenia „zepsutego Zachodu”)?
Żadna z trzech największych religii – judaizm, islam, chrześcijaństwo – nie głosi pochwały przemocy, nie propaguje zbrodni jako narzędzia walki o wiarę i sprawiedliwość społeczną. Problem w tym, że nauka społeczna, którą proponują nam te trzy największe religie, okazuje się nieadekwatna do coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości, w której żyjemy. Nie wszyscy potrafią poradzić sobie z taką sytuacją. Najczęstszy odruch to radykalizacja światopoglądu, która w odmianie fundamentalistycznej prowadzi do straszliwej eskalacji przemocy.
Wydaje się jednak, że najwięcej niepokojów wywołuje dziś islam, szczególnie na południu Europy, gdzie na gruzach Jugosławii powstały nowe państwa islamskie. Gilles Kepel postawił tezę, że wojna w sercu islamu (o jego przyszłość) rozegra się na arenie europejskiej, gdzie żyją miliony muzułmanów.
Musimy podjąć pytanie o relację między Europą a islamem, a także o stosunek chrześcijaństwa do islamu. Jeśli zignorujemy to zjawisko, wówczas tę wojnę wewnętrzną wygra islam fundamentalistyczny, który poprowadzi Europę w zupełnie inną stronę. Powinniśmy odrzucić fałszywą tezę o wojnie cywilizacji – zachodniej i muzułmańskiej. Pęknięcie w łonie islamu jest zarazem pęknięciem w łonie Europy. Wbrew naszym wyobrażeniom ta wojna nie toczy się na zewnątrz – w odległym Afganistanie czy Iraku. To dzieje się obok nas, za rogiem ulicy, wśród społeczności muzułmańskiej, która stanowi część europejskiego społeczeństwa. Ale chciałbym z całą mocą podkreślić, że skłonność do radykalizmu czy fundamentalizmu nie jest wyłączną cechą wyznawców islamu. Każda religia może wywoływać takie efekty.
Powiedział Pan wcześniej, że kryzys, z którym się dziś mierzymy, ma bardzo długą historię. Kiedy się zatem zaczął?
W latach 30. XX wieku Hamvas postanowił znaleźć źródło kryzysu, w którym znajdowała się ówczesna Europa. Z jego badań wynika, że kryzys towarzyszy nam od zawsze. Nigdy nie żyliśmy w warunkach, które były odeń wolne. Oczywiście sam kryzys zmieniał się, rozwijał, pogłębiał, słabł, dzielił się na mniejsze kryzysy etc. Jedno jest pewne: zawsze był obecny w naszym świecie i w naszym myśleniu.
Oznacza to, że ci, którzy chcą przejąć kontrolę nad społeczeństwem, zawsze mogą się odwołać do kryzysu, traktując go jako polityczny punkt odniesienia.
Kryzys przejawia się w różnych sferach naszego życia, najwięcej uwagi poświęcamy jednak problemom gospodarczym i ekonomicznym. Być może to właśnie zbyt duże zaufanie do racjonalnego charakteru rynków doprowadziło do dzisiejszej zapaści.
Przekonanie, że rynki gospodarcze mogą się same regulować, jest jednym z czynników pogłębiających kryzys. Nie można sobie wyobrazić kapitalizmu bez kryzysu – ten ostatni jest narzędziem w rękach tego pierwszego. Kapitalizm rozwija się dzięki kryzysom.
Nie jestem marksistą, niemniej uważam, że kolejne nasze zadanie powinno polegać na skrupulatnej krytyce systemu kapitalistycznego i przeformułowaniu jego założeń – nie tylko ekonomicznych, lecz przede wszystkim społeczno-kulturalnych. Niemal odruchowo łączymy kapitalizm z racjonalizmem. W ten sposób zachwalano system kapitalistyczny w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które zrzucały z siebie zgrzebne szaty komunizmu. Nowe rozwiązania gospodarcze miały być rzekomo bardziej racjonalne niż te stare, które były wykuwane z ideologicznej grudy. Ale kapitalizm wcale nie jest racjonalny en bloc. Krytykując system kapitalistyczny, nie powinniśmy rezygnować z racjonalnej drogi postępowania, tak jak stając po stronie racjonalizmu, nie możemy spychać na margines europejskiej tradycji mistycznej.
W jaki sposób teologia miesza się z polityką na Węgrzech?
W kontekście Węgier można mówić o częściowym powrocie średniowiecza lub o próbach ustanowienia nowego średniowiecza. Obserwujemy dziś nasilające się pragnienia reformatorskie, których celem jest podporządkowanie sfery publicznej jurysdykcji religijnej. Nie chodzi tylko o gospodarkę, lecz przede wszystkim o edukację. Powstał pomysł oddania instytucji edukacyjnych w ręce Kościoła (nie tylko katolickiego), by z jednej strony rozwiązać problem strukturalny, który polega na niedostatecznym dofinansowaniu szkół, z drugiej zaś – formować przyszłych obywateli, przyszłych Europejczyków, opierając się na wzorcach religijnych. Można ten proces nazwać desekularyzacją, która w opinii jej zwolenników ma być odpowiedzią na narastający kryzys tożsamości węgierskiej i europejskiej. Nie sądzę, by ten pogląd zdobył u nas duże poparcie społeczne. Jednak fakt, że takie postulaty są wysuwane przez przedstawicieli różnych partii, oznacza, że nie mamy do czynienia z nic nieznaczącą aberracją.
Nie można tej tendencji traktować jednak jako powrotu tradycji mistycznej, o której rozmawialiśmy wcześniej. Powtórzę raz jeszcze: to, co obserwujemy, przypomina nowe średniowiecze w jego najprymitywniejszej postaci. Kultura europejska osiągnęła bardzo wiele – tradycja mistyczna i racjonalizm mogą się poszczycić wieloma wspaniałymi wynalazkami intelektualnymi, kulturalnymi i politycznymi. Chrześcijaństwo wywołało największą rewolucję w dziejach zachodniej cywilizacji. To wspaniałe osiągnięcia, wobec których można mieć krytyczny stosunek, ale których nie sposób nie doceniać. Nowe średniowiecze nie wnosi do naszej wspólnoty nic.
Jeśli proces desekularyzacji (prowadzonej przy użyciu prymitywnych narzędzi społecznych) będzie postępował, Europa nie przetrwa.
Jakie byłyby krótkoterminowe konsekwencje oddania edukacji w ręce Kościoła?
Kościół musiałby się do tej funkcji przygotować, zmieniając założenia, które w tej chwili pielęgnuje, układając programy nauczania religii. Ale czym innym jest nauczanie religii, a czym innym wychowywanie młodych ludzi. To wymagałoby innego podejścia – bardziej elastycznego i otwartego. Nie znaczy to wcale, że uchroniłoby nas to przed groźną uniformizacją treści edukacyjnych. Poza tym doprowadziłoby to – paradoksalnie – do rozwoju postaw ateistycznych, ponieważ młodzi ludzie zaczęliby się buntować przeciwko kościelnemu modelowi edukacji.
Dwie tradycje europejskie – mistycyzm i racjonalizm – opisywał Pan na przykładzie literatury polskiej. W powieści Iksowie2 sportretował Pan człowieka Oświecenia na przykładzie Wojciecha Bogusławskiego. W Mesjaszach (a także we wcześniejszym Przybyszu) przedstawił Pan portret polskich mistyków emigracyjnych (nie tylko Mickiewicza, ale także innych członków Koła Sprawy Bożej Andrzeja Towiańskiego).
Są to tradycje na wskroś europejskie, a fakt, że do opisu wybrałem ich polskie emanacje, jest w dużej mierze przypadkowy, związany z moimi zainteresowaniami i studiami literackimi. Nie ukrywam jednak, że zarówno Bogusławski, jak i Mickiewicz są osobowościami, które wyróżniają się na tle europejskim.
Zacząłem od Bogusławskiego, który wydawał mi się ucieleśnieniem człowieka Oświecenia. Był nie tylko świetnym aktorem, utalentowanym śpiewakiem operowym czy reżyserem, ale przede wszystkim dzieckiem swoich czasów. Czytając materiały historyczne o Bogusławskim, trafiłem na ślad towianizmu. Zrozumiałem od razu, że muszę napisać jeszcze jedną powieść – tym razem o przeciwieństwie oświeceniowego racjonalisty.
Mickiewicz jest uosobieniem europejskiego mistycyzmu. Ten ostatni ma twarz Mickiewicza. Towiańczycy pojawili się w przełomowym momencie – z jednej strony sekta reprodukowała pewne praktyki rytualne z przeszłości, z drugiej zaś – swą działalność prowadziła na progu nowoczesności. Taka sytuacja wywoływała ogromne napięcia emocjonalne i intelektualne, w porównaniu z którymi dzisiejsze spory społeczno-polityczne wydają się nieciekawe.
Nie znaczy to, że mam do Bogusławskiego i Mickiewicza bezkrytyczny i nieironiczny stosunek. Przeciwnie, często ironizuję na ich temat i obficie ich krytykuję. Ale jest też tak, że te dwa oblicza ludzkości są przedmiotem mojej fascynacji. Pisać powieści można tylko wtedy, gdy kocha się swych bohaterów. Z nienawiści czy obojętności nie narodzi się żadna literatura. Niezwykłym doświadczeniem było dla mnie obcowanie z tymi postaciami podczas pracy nad powieścią. Dzień w dzień, przez wiele lat. Rzadko zdarza się, żeby ludzie, których spotykamy w codziennym życiu, posiadali interesujące dla pisarza cechy, dlatego gdy trafiłem na Bogusławskiego, a potem na Mickiewicza, pomyślałem, że połowę roboty mam z głowy.
W historii każdego narodu jest mnóstwo skrajnych postaci, ale mam wrażenie, że wy macie ich więcej niż Węgrzy.
Piętnaście lat po napisaniu Przybysza, czyli pierwszej wersji Mesjaszy, powiedział Pan, że nie jest w stanie ponownie wejść w świat tej powieści. A jednak zdecydował się Pan to zrobić. Dlaczego?
W 2004 roku postanowiłem jeszcze raz zajrzeć do Przybysza. Po lekturze pomyślałem, że wiem już, jak go udoskonalić, jak pozbyć się nudnych części, co dopisać, czego dosypać, żeby powieściowa mikstura była lepsza. Tak się szczęśliwie złożyło, że dyrektor pewnego węgierskiego wydawnictwa, który skądinąd nigdy nie czytał Przybysza, wyraził zainteresowanie nową wersją utworu. Takie sytuacje zdarzały się wcześniej. Czechow napisał Wujaszka Wanię na podstawie Leśnika, z którego nie był zadowolony (Wujaszek jest rzeczywiście dużo lepszy). Węgierski prozaik Zsigmond Móricz dwukrotnie napisał jedną ze swych krótkich powieści pod różnymi tytułami – obydwie wersje są arcydziełami.
Towianizm wciąż odgrywa w naszej kulturze ważną rolę, ale polska literatura nigdy się nim na poważnie nie zajęła. Przymierzał się do tego tematu Wyspiański, wokół towiańczyków kręciło się kilku pisarzy i reżyserów, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Jakie są według Pana powody tego pominięcia?
Gdyby Wyspiański żył dłużej, to z pewnością napisałby dramat o towianizmie. W kilku jego sztukach pojawiają się towianistyczne wątki: Legion jest nimi przesycony, podobnie Wyzwolenie. Wernyhora pochodzi ze Snu srebrnego Salomei, a wiadomo, że jest to utwór, w którym Słowacki przedstawił fundamentalne tezy towianizmu. Jeśli wziąć pod uwagę wpływ Wyspiańskiego na dwudziestowieczny teatr (a także film), okaże się, że w polskiej literaturze pozostało sporo śladów towianizmu. Dlaczego nie powstała do tej pory powieść o członkach sekty? Z kilku powodów. Przede wszystkim towianizm miał na pieńku z Kościołem, członkowie Koła Sprawy Bożej byli traktowani jak heretycy (i w istocie byli heretykami). Nie byli natomiast rosyjskimi agentami, szczerze wierzyli w Sprawę i w Polskę. Niektórzy z nich byli dziecinnie naiwni, inni genialni, jedni śmieszni, drudzy godni politowania. Trudno pisać o takich rodakach. Władysław Mickiewicz, syn poety, spalił wiele archiwalnych papierów. Rozumiem go i nie potępiam tej decyzji, ale czuję ogromny żal, bo znajdowały się wśród nich dokumenty na temat ludzi wielkiego formatu, którzy współtworzyli ważną dla całej Europy sektę. Na szczęście Władysław wydrukował sporą część dokumentacji, bez której nie bylibyśmy w stanie zrozumieć tego fenomenu.
W krótkim wstępie do Mesjaszy pisze Pan, że Pańska rola sprowadzała się do tego, by możliwie najgłębiej zrozumieć postaci historyczne, niczego nie musiał Pan wymyślać. Czym zatem różni się to przedsięwzięcie pisarskie od projektu realizowanego na przykład przez historyka literatury?
Pisarza interesują przede wszystkim ludzie, historyka – dzieje, a historyka literatury – zmieniające się formy i idee. Te różnice często znikają. Znamy pisarzy powieści historycznych, którzy są jednocześnie wybitnymi historykami i teoretykami, jak na przykład Jurij Tynianow, którego utwory lubię i cenię. Tynianow-pisarz bardzo dużo zawdzięcza Tynianowowi-historykowi. Wojna i pokój jest rozpięta między dwoma gatunkami: powieścią i esejem. Tołstojowi nie udało się pogodzić ze sobą wątków historycznych i opowieści o ludziach. Wyznał nawet, że jego rozważania o dziejach nie pasują do bohaterów powieści (na szczęście nie usunął tych fragmentów). Niektórzy historycy mimowolnie awansują do rangi pisarzy. Granice są rozmyte, a skoro tak, to powieść na zawsze pozostanie gatunkiem wolnym i pociągającym.
W Mesjaszach słychać głos autora, który zastanawia się, jaką postawę przyjąć względem źródeł historycznych, na ile może sobie pozwolić. Z drugiej strony mamy obszerne fragmenty, w których ten dystans znika, jakby chodziło o próbę maksymalnego wczucia się w ducha epoki. Walczą w tej powieści dwa przeciwstawne impulsy.
Całkowicie się z panem zgadzam – właśnie to było moim celem, któremu podporządkowałem pisarską metodę. Wszystkie – nawet największe – szaleństwa towianizmu są dla mnie głęboko ludzkie. Polacy nie przestają się dziwić, jak to możliwe, że węgierski pisarz zajął się zjawiskiem tak marginalnym. Otóż uważam, że nie jest to w żadnym wypadku marginalny temat. Powtórzę: historia towianizmu posiada ogólnoeuropejską wartość. Kiedy piszę w powieści, że „człowiek to zwierzę religijne”, daję do zrozumienia, że mam do tej wartości dwuznaczny stosunek. Jako narrator nie jestem ani lepszy, ani gorszy niż moi bohaterowie. Jestem jednym z nich, mimo że żyję bez mała dwa wieki później. Nie uważam wcale, że ten czasowy dystans daje mi nad nimi szczególną przewagę. Z drugiej strony, nie mogę powstrzymać śmiechu, gdy obserwuję ich (nasze) komiczne słowa i gesty.
Jedna z różnic między Przybyszem a Mesjaszami dotyczy formy utworu. Dwunastoczęściową kompozycję Przybysza zastąpił Pan formą bardziej wielokształtną.
Doszedłem do wniosku, że zbyt wiele powieści posiada podobną kompozycję. Sprawia ona wrażenie wyszukanej, a zarazem mechanicznej. Przebieg życia jest bardziej chaotyczny. W międzyczasie – to znaczy między Przybyszem a Mesjaszami – napisałem jeszcze jedną dużą powieść, w której ta urywkowa, pulsująca forma bardzo dobrze się sprawdziła.
Głównym bohaterem powieści uczynił Pan nie Towiańskiego, lecz pochodzącego z rodziny żydowskich drukarzy Gerszona Rama. Jego perspektywa – Żyda, który jest wtajemniczony w sprawy towiańczyków, ale ze względu na pochodzenie nie jest w pełni akceptowany przez Polaków – pozwala Panu przedstawić wydarzenia historyczne w bardziej skomplikowany sposób.
Chciałem zderzyć ze sobą dwóch bohaterów: poetę i jego czytelnika, odbiorcę. Obydwaj pochodzą z Wilna, obydwaj doświadczają mistycznego ukąszenia, przy czym jeden w tej mistyce nurza się do końca życia, drugiemu natomiast – nie bez żalu – udaje się z niej wyswobodzić (choć jako czytelnik nigdy nie przestaje podziwiać poety). Takie rozwiązanie fabularne nie jest zbyt często stosowane, ponieważ wiąże się z nim pewne ryzyko: czytelnikowi trudniej dotrzymać kroku dwóm postaciom. Ale dla mnie ważny był i Mickiewicz, i Ram. Zresztą dzięki temu mogłem opisać skomplikowane losy Żydów żyjących w Polsce i w Rosji z dwóch punktów widzenia, unikając kiczu, który pojawia się w zachodnich powieściach i musicalach. Na Węgrzech nikt o tych sprawach nie mówi. Ja też nic na ten temat nie wiedziałem. Nie miałem na przykład pojęcia, że krewni Rama doprowadzili w Grodnie do stracenia moich przodków z rodziny Sapira. Zabawne.
Czy pisanie o wydarzeniach historycznych innego narodu lub innej kultury to dla Pana rodzaj emigracji? Mam wrażenie, że kiedy tylko nadarza się okazja, robi Pan literackie eskapady poza granice swojego świata i czasu.
Pisanie zawsze jest ucieczką przed rzeczywistością. Pisarz ma ten przywilej, że póki pracuje, może miesiącami, a nawet latami przebywać w zupełnie innym świecie. To go chroni przed prawdziwym życiem. I nie ma znaczenia, czy fabuła powieści toczy się w innym kraju, czy w innych czasach. Do tej pory napisałem dwie powieści polskie, jedną starorzymską i cztery węgierskie. Ciekawe, że najdłuższe są polskie i starorzymska. Rzeczywistym emigrantem nie byłem nigdy, bo zawsze piszę po węgiersku. Nie byłbym w stanie pisać literatury w innym języku. W ten sposób zawsze jestem w domu, czyli w języku węgierskim.
Mesjasze zaczynają się od zrywu ducha, od sceny objawienia Towiańskiego, ale zmierzają w stronę nudy (to ostatnie słowo powieści). Czy to nieuchronny proces – po porywach ducha przechodzimy w etap nudnej pracy nad racjonalnymi fundamentami wspólnoty europejskiej?
Nuda, która pojawia się na końcu powieści, jest nie do zniesienia. Taka nuda jest równoznaczna z niewolą.Towarzyszy jej żałoba po śmierci wielkiego poety i poezji w ogóle. Ta poezja po jakimś czasie znów oczaruje ludzkie dusze. Podobną konstrukcję znajdziemy w Nocy listopadowej Wyspiańskiego. Starałem się być jego dobrym uczniem.
Jeśli chodzi o Europę, to niektórym wydaje się, że w ostatnich trzech dekadach mieliśmy do czynienia z procesem odwrotnym. W latach 80. społeczeństwa zachodnie celebrowały kres historii i początek powszechnego dobrobytu. Młodzi ludzie nie akceptowali tej społeczno-politycznej stagnacji. Buntowali się, szukali dla siebie miejsca. Dziś natomiast mamy wielki powrót historii, znów myślimy o przyszłości, tradycja mistyczna rozkwita. Według mnie to fałszywy obraz. Nie widzę we współczesnej Europie żadnej odnowy mistycznej, a jedynie pragmatyczne i prymitywne mariaże teologii i polityki.
Może i przestaliśmy się nudzić, ale wciąż jeszcze nie zabraliśmy się do właściwej pracy.
György Spiró
(ur. 1946 na Węgrzech) - dramaturg, prozaik, eseista, literaturoznawca i tłumacz. Znawca polskiej kultury, szczególnie epoki romantyzmu. Przetłumaczył na węgierski większość dramatów Wyspiańskiego i kilka sztuk Gombrowicza. Wiele lat przebywał i pracował w Polsce, czego owocem była napisana w 1981 r. książka “Iksowie”. Pozycja ta po polsku ukazała się dopiero w 2013 r., gdyż władze PRL uznały ją za kłamliwą i szkalującą pamięć narodową. Spiró opisuje w niej krytycznie elitę artystyczno-polityczną Królestwa Polskiego. W podobnym stylu, będącym mieszanką fascynacji i przenikliwości, przedstawia grupę skupioną wokół Mickiewicza i Towiańskiego w późniejszej powieści “Mesjasze”.