Raj to rozbite lustro

Rozmowa z Alberto Manguelem

Manguel: Novalis mówił, że raj to lustro, które zostało roztrzaskane na tysiąc kawałków. Odłamki zwierciadła zostały rozrzucone po całym świecie. Jeśli jakieś miejsce wydaje nam się bliskie, to dlatego, że odnaleźliśmy jeden z tych fragmentów.

Grzegorz Jankowicz: Mimo że pochodzi Pan z Argentyny, Pańskim pierwszym językiem był angielski. Dopiero później nauczył się Pan – kolejno – niemieckiego, hiszpańskiego i francuskiego. Czy ta wielojęzyczność miała wpływ na Pańskie rozumienie literatury?

Alberto Manguel: Doświadczenie wielojęzyczności – przede wszystkim fakt, że uczyłem się tych języków w pewnej sekwencji, jeden po drugim – sprawiło, że bardzo wcześnie uświadomiłem sobie naszą podległość względem mowy. Dotarło do mnie, że człowiek – jako osoba próbująca komunikować się z innymi za pomocą słów – nie ma kontroli nad językiem. Pielęgnujemy rozmaite złudzenia na temat języka i sposobów porozumiewania się. Wydaje nam się, że przedstawienie innym własnych intencji nie nastręczy żadnych trudności. A jednak znaczenia nie są przez nas ani przekazywane, ani wyrażane. To sam język wyraża, przekazuje, sugeruje, oznacza, apeluje etc.

Jako czytelnik i pisarz ciągle zderzam się z tą przeszkodą, którą jest sam język, to on bowiem dyktuje mi warunki. Inaczej myślę, czytam i piszę w angielszczyźnie, inaczej w hiszpańszczyźnie, jeszcze inaczej w niemczyźnie.

W ten sposób moje wczesne doświadczenie wielojęzyczności połączyło mnie z całą literaturą światową, która od najdawniejszych czasów próbuje się uporać z tymi niewidzialnymi – a przecież odczuwalnymi – granicami języka.

Pamięta pan pierwsze zdanie Don Kichota? „En un lugar de la Mancha, de cuyo nombre no quiero acordarme, no ha mucho tiempo que vivía un hidalgo de los de lanza en astillero, adarga antigua, rocín flaco y galgo corredor” [„W pewnej miejscowości Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta1”].Cervantes zaprasza nas tutaj do gry. Wciąga do lektury. Niby nie pamięta nazwy miejscowości, ale nie pozostawia żadnych wątpliwości, że ona istnieje, choć oczywiście jest to pewność złudzenia, któremu ulega czytelnik. Gdyby Cervantes pisał po angielsku, takie otwarcie byłoby niemożliwe.

W Starym Ekspresie Patagońskim2 Paul Theroux opowiada o spotkaniu z Borgesem. Autor Alefa narzekał na język hiszpański, przekonując, że pewne rzeczy można powiedzieć wyłączne po angielsku. Podobny zarzut można wysunąć pod adresem każdego języka. Dlaczego Cervantes nie mógłby napisać takiego zdania w języku angielskim?

Po angielsku nie można bezwiednie powiedzieć „w pewnym mieście”, bo słowo „certain”, którym powinniśmy się w tym przypadku posłużyć, poniekąd już nas umiejscawia. Możemy powiedzieć po prostu „in a village of La Mancha”, co jest niezłym rozwiązaniem, ponieważ przedimek „a” wskazuje na nieokreśloność rzeczownika. Ale to wciąż nie załatwia sprawy. Poza tym potrzebujemy jeszcze zaimka „whose”, który jest zaimkiem osobowym, a więc powinien się odnosić do postaci.

Mówiąc wprost – w angielszczyźnie arcydzielne otwarcie Don Kichota brzmi marnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnik, sięgnąwszy po wersję angielską, doszedł do wniosku, że Cervantes był kiepskim pisarzem, który nie znał się na gramatyce.

Teraz weźmy przykład z języka angielskiego: Call me Ishmael3, pierwsze zdanie powieści Moby Dick. Gdyby Melville tworzył w hiszpańszczyźnie, nie mógłby napisać takiego zdania. Musiałby dodać informację o nadawcy, adresacie i okolicznościach tej wyjątkowej wymiany (taką wiedzę zawdzięczamy hiszpańskim formom gramatycznym). Po angielsku mówimy po prostu „call me”, otwierając pudełko z różnymi możliwościami (ogranicza je dopiero kontekst). Hiszpańszczyzna dookreśla: od razu wiemy, czy chodzi o drugą osobę liczby pojedynczej („nazywaj mnie”), czy liczby mnogiej („zwijcie mnie”), czy zwracamy się do znajomego, czy do osoby obcej, czy jest to zwrot oficjalny, czy kolokwialny.

Czy znaczy to, że literaturę tworzą w pierwszej kolejności nie autorzy, lecz tłumacze?

Absolutnie tak. Jeśli nie czytamy w językach oryginalnych, to jesteśmy zdani na tłumaczy. Gdy mówię komuś, że niedawno znów przeczytałem Homera czy Dostojewskiego, to wyrażam się nieprecyzyjnie. Powinniśmy zawsze dodawać, że czytaliśmy „przekład” Homera, „tłumaczenie” Dostojewskiego.

Wróćmy jeszcze na chwilę do ograniczeń, które narzuca nam język. Z tego, co Pan powiedział, wynika, że istnieją dwa różne problemy. Język – rozumiany ogólnie – uniemożliwia nam pełną ekspresję, ale to nie wszystko: poszczególne języki tym różnią się od siebie, że mają inny potencjał ekspresyjny.

I ten drugi problem wydaje mi się istotniejszy. Posługując się słowami z danego języka wywołujemy określone emocje, oddziałujemy na odbiorcę w bardzo konkretny sposób. Tego aspektu nie da się przełożyć na obcy język, a dla pisarza jest to kwestia pierwszorzędna. U Dantego pojawia się idea „transumanismo”. Niby można ją łatwo przetłumaczyć na angielski („transhumanism”), bo obydwa języki korzystają w tym przypadku z łacińskiej podstawy, ale w procesie translacji gubią się pewne znaczeniowe i kontekstowe subtelności. Wiadomo, o co chodzi – wykraczanie poza granice człowieczeństwa – ale zarówno skodyfikowane jak i te całkowicie przypadkowe wrażenia, wywoływane przez włoski oryginał, są nam niedostępne, gdy obcujemy z wersją angielską czy polską. Pisarz nie może zatem tworzyć w dowolnym języku, albowiem współtwórczynią jego opowieści jest mowa. Joseph Conrad jest mistrzem języka angielskiego. Czy byłby równie dobrym pisarzem, gdyby pisał po polsku? Niekoniecznie.

Czy pamięta Pan moment, w którym po raz pierwszy pojawiło się w Panu pragnienie czytania i pisania?

Kiedy się urodziłem, rodzice postanowili się przenieść do Izraela, gdzie wychowywała mnie niania. Z pochodzenia była Czeszką – mówiła po niemiecku z silnym czeskim akcentem – ale uczyła mnie też angielskiego, którym posługiwała się sprawnie, choć z zauważalnym akcentem niemieckim. Nauczyłem się czytać w wieku trzech lat. Pewnego dnia zrozumiałem, że linijki na stronie książki układają się w te same historie, które wcześniej poznałem dzięki niani. Na początku były zatem baśnie i bajki w kilku językach.

A literatura hiszpańska?

W 1955 roku przeprowadziliśmy się do Argentyny. Z konieczności zacząłem się uczyć hiszpańskiego, który sprawiał mi niejakie trudności. Nie potrafiłem artykułować pewnych dźwięków, gdyż moje ucho i usta do nich nie przywykły. Być może właśnie dlatego pielęgnowałem moją miłość do literatury niemieckiej i anglojęzycznej? Dopiero gdy poszedłem do gimnazjum – miałem wtedy trzynaście lat – zacząłem odkrywać literaturę hiszpańską. Uświadomiłem sobie wówczas, jak uboga jest moja prywatna biblioteka.

W szkole do której Pan uczęszczał – Colegio Nacional de Buenos Aires – realizowany był eksperymentalny program nauczania. Miał on ogromny wpływ na Pańskie zainteresowania literackie.

Rzeczywiście, miałem sporo szczęścia, bo na początku lat 60. Ministerstwo Edukacji podjęło decyzję, w myśl której Colegio Nacional de Buenos Aires miało podlegać nie kuratorium oświaty (instytucja ta była w opłakanym stanie), lecz uniwersytetowi. Lekcje prowadzili nauczyciele akademiccy, dzięki czemu otrzymywaliśmy wiedzę, której w innych warunkach – na tym poziomie edukacji – nie bylibyśmy w stanie zdobyć. Kurs literatury miał obejmować wszystko – od średniowiecza do współczesności – ale nauczyciel wprowadził program autorski. Uświadomiłem sobie wówczas, że studiując jakiś wycinek literatury światowej, twórczość danego pisarza, albo nawet jego wybrane dzieło, musimy zgromadzić wiedzę na temat całej literatury. W Colegio nauczyłem się najwięcej. Żadna inna instytucja edukacyjna nie dała mi tak wiele, włącznie z uniwersytetem, który skądinąd rzuciłem.

Czas spędzony w Colegio wspominam jako okres względnej wolności. Niech pan pamięta, że właśnie wtedy upadła jedna dyktatura, a kolejna jeszcze się nie zawiązała, więc mieliśmy odrobinę swobody. Prowadziliśmy intensywne studia literackie, choć nasz kanon był zaiste eklektyczny. Z jednej strony zaczytywaliśmy się w wierszach Ezry Pounda, z drugiej zaś poznawaliśmy Cortázara. Z polskich pisarzy ważny był dla nas Witkacy – jego Nienasycenie uświadomiło nam, czym może być literatura przełamująca dostępne konwencje.

W Pańskim życiu wiele jest miejsc magnetycznych, w których poznawał Pan istotnych dla siebie pisarzy mających wpływ na Pańskie życie. Jednym z takich miejsc jest pewna księgarnia o nazwie Pygmalion, w kórej zaczął Pan pracować jako piętnastolatek. Jak do tego doszło?

Do szkoły uczęszczałem popołudniami, a ponieważ potrzebowałem kieszonkowego, pomyślałem, że pokręcę się trochę po księgarniach, może gdzieś mnie zechcą. Nie przyznawałem się, że mam ledwie piętnaście lat.

Księgarnię Pygmalion założyła Lily Lebach, niemiecka Żydówka, która pod koniec lat 30. XX wieku trafiła do Buenos Aires, uciekając przed hitlerowskimi represjami. Księgarnia była miejscem spotkań pisarzy (odwiedzali ją Adolfo Bioy Casares, jego żona Silvina Ocampo, Marta Lynch, Marco Denevi i wielu innych). Lily miała osobliwy gust literacki: zaczytywała się w dziełach Georigija Gurdżijewa i Rudolfa Steinera, zmuszając nas do rozległych studiów ezoterycznych.

Buenos było podówczas miastem międzynarodowym. Mieliśmy księgarnie francuskie, włoskie i amerykańskie. Do Pygmaliona regularnie przychodził Borges. W latach 60. jego pozycja nie była jeszcze tak silna, jak dziś. Uczyliśmy się o nim w szkole, wszyscy znali jego twórczość, ale dopiero przekłady na język francuski uczyniły zeń światową gwiazdę i klasyka. Borges tracił wzrok na skutek genetycznej choroby, której nikt nie potrafił zatrzymać. Gdy oślepł, powierzono mu funkcję dyrektora Biblioteki Narodowej. Nie był pierwszym niewidomym szefem tej instytucji, co pozwala sądzić, że w Argentynie na wysokich stanowiskach bibliotecznych mogą pracować wyłącznie ślepcy (Nie jest to prawda; w 2015 r. funkcja ta została powierzona samemu Alberto Manguelowi – przyp. G.J.). Pod wpływem choroby Borges doszedł do wniosku, że powinien pisać już tylko wiersze, które – jak mówił – słyszy w głowie, niczym muzykę. Gdy się poznaliśmy, odstąpił od tej zasady i powrócił do pisania opowiadań. Przedtem postanowił jednak przeczytać krótkie teksty mistrzów opowiadania, by sprawdzić, jak to robią. Była to czysta kokieteria, bo sam był jednym z mistrzów, być może największym. Prosił przypadkowych ludzi, by przychodzili do niego z wizytą i czytali mu wybrane książki. Pewnego dnia zaprosił i mnie. Byłem wtedy młody i przepełniony arogancją. Wydawało mi się, że oto będę mógł pomóc temu ślepemu pisarzowi w realizacji literackich zamierzeń. Przez dwa lata odwiedzałem go niemal co wieczór. Dostąpiłem zaszczytu przebywania blisko jednego z największych umysłów naszych czasów.

Borges zawczasu wybierał teksty do lektury. Gdy zjawiałem się na miejscu, książka czekała już na stoliku. Po dwóch, trzech zdaniach przerywał mi i zaczynał analizować to, co usłyszał. Przypominał w tym zegarmistrza, który rozbiera na części skomplikowany mechanizm czasomierza. To była niezwykła lekcja czytania.

Czytał mu Pan jego własne teksty?

Uparcie powtarzał, że napisane przez niego książki w ogóle go nie interesują. Nie przechowywał ich w swej bibliotece. Było w tym dużo prawdy. Z drugiej strony pamiętał – a miał pamięć jak dzwon – każdą linijkę, którą kiedykolwiek zapisał. Wielokrotnie zdarzało się, że podczas wywiadów poprawiał dziennikarzy, którzy niedokładnie cytowali jego teksty.

Tylko raz czytałem mu napisane przez niego opowiadanie. To był Kongres, który – zgodnie z jego życzeniem – miałem przełożyć na angielski. Uświadomiłem sobie wówczas, że należy tłumaczyć nieżyjących autorów, ponieważ ci żywi zawsze wtrącą swoje trzy grosze. Borges dysponował świetną znajomością klasycznej – literackiej – angielszyczyzny. Ja natomiast postanowiłem przełożyć jego tekst na żywą mowę, na język współczesny. Miał uwagi do każdego zdania, prosił, bym wyrzucał poszczególne słowa, zastępował je innymi, zmieniał szyk etc. Potwornie mnie onieśmielał. W pierwszym akapicie pojawia się pewne charakterystyczne wyrażenie. Zaproponowałem, żeby oddać jego sens za pomocą angielskiego idiomu. Borges na to: „Idiomu, powiadasz? To podaj mi, proszę, sześć innych znaczeń tego zwrotu”.

Nigdy więcej nie pozwoliłem sobie na podobny komentarz.

Wspomniał Pan żartobliwie o pewnej tradycji zatrudniania niewidomych na stanowisku dyrektora Biblioteki Narodowej. Ale ślepota to nie tylko przypadłość kilku bibliotekarzy czy pisarzy. To także ważny temat literatury hiszpańskojęzycznej.

Celna uwaga. Prawdę powiedziawszy, nigdy się nad tym zagadnieniem nie zastanawiałem. Rzeczywiście, wielu pisało o ślepocie. Przychodzi mi do głowy Plugawy ptak nocy4 José Donoso. W literaturze hiszpańskojęzycznej ślepota bywa używana jako alegoria albo emblemat. Pisarz jako ślepiec lub ślepota jako metafora ludzkiej kondycji. Portugalczyk José Saramago napisał znakomitą powieść Miasto ślepców5, w której na skutek epidemii wszyscy ludzie tracą wzrok. Efektem jest totalna anarchia – ślepota uwalnia demony i zarazem ujawnia najgłębiej skrywane lęki egzystencjalne i polityczne.

Motyw ślepoty ściśle wiąże się z problemem tożsamości, nie tylko tej indywidualnej, ale przede wszystkim zbiorowej, społecznej, narodowej. W Ameryce Łacińskiej, która jest amalgamatem różnych kultur, ciągle trwa gonitwa w poszukiwaniu ostatecznej identyfikacji, tożsamości najprawdziwszej z prawdziwych. Gdy przegrywamy walkę o tożsamość, sięgamy po motyw ślepoty, żeby wyłączając jeden ze zmysłów, zmienić perspektywę, przejrzeć się w zmatowiałym zwierciadle i odkryć to, co do tej pory nam umykało.

W Pańskim Reading Diary [„Dzienniku lektury”] znalazłem ciekawą informację na temat pochodzenia słowa |nostalgia”. Po raz pierwszy użył go 22 czerwca 1688 roku pewien student medycyny z Alzacji, niejaki Johannes Hofer. Połączył dwa greckie słowa (nostos – powrót, oraz algos – ból), za pomocą których opisał chorobę szwajcarskich żołnierzy biorącą się z tęsknoty za górami z ich rodzinnych stron. Od najmłodszych lat jest Pan w ciągłym ruchu, przenosi się Pan z jednego kraju do drugiego (Argentyna, Anglia, Haiti, Kanada, Francja…). Jak Pan sobie radzi z uczuciem nostalgii?

Oczywiście, odczuwam nostalgię, ale w przeciwieństwie do tych biednych żołnierzy nie ulegam jej, lecz wykorzystuję w swej pracy czytelnika i pisarza. Nostalgiczny impuls pobudza nas przecież do pisania. Novalis mówił, że raj to lustro, które zostało roztrzaskane na tysiąc kawałków. Odłamki zwierciadła zostały rozrzucone po całym świecie. Jeśli jakieś miejsce wydaje nam się bliskie, to dlatego, że odnaleźliśmy jeden z tych fragmentów. Tak jest też w moim przypadku – czuję się tak w Argentynie, we Francji czy w Kanadzie.

Czy takimi metaforycznymi górami, za którymi się tęskni, nie są dla czytelnika niektóre książki?

Gdy byłem młody, myśl o tym, że nie będę w stanie przeczytać wszystkich książek, na które mam ochotę, potwornie mnie przygnębiała. Ale dziś mam sześćdziesiąt trzy lata. Inaczej patrzę na biblioteczne katalogii, na olbrzymie stosy książek zalegające na mym biurku. Coraz częściej myśl o niemożliwości przeczytania wszystkiego wywołuje we mnie uczucie ulgi.

Podobnie jest z miejscami, których nie zdołam odwiedzić, a także z ludźmi, których nie zdążę poznać. Coraz większą przyjemność sprawia mi powtórna lektura tych samych tekstów, powrót do miejsc, które już dobrze znam, i rozmowa ze starymi przyjaciółmi. W tych miejscach, w towarzystwie tych ludzi mogę wreszcie pomilczeć…

Nie wierzę, że przestał Pan marzyć o przeczytaniu albo przynajmniej o zakupie pewnych książek. Jest Pan przecież kolekcjonerem!

Więcej: jestem fetyszystą! Książki mają dla mnie wartość talizmanu. Włączam je do swej kolekcji z różnych powodów: raz podoba mi się okładka, innym razem interesuje mnie autor, czasem dana publikacja wywołuje jakieś wspomnienie, kiedy indziej uwodzi mnie autograf albo zapiski na marginesach… Kiedyś ułożyłem listę książek, które chciałbym mieć. Znalazły się na niej międzyinnymi: egzemplarz Alicji w krainie czarów, którą Lewis Carroll podarował prawdziwej Alicji, i wydanie Pani Bovary, które czytał Joseph Conrad.

Chodzę po targach, antykwariatach, uczęszczam na aukcje, szukając tych rzadkich edycji. Oczywiście, nie stać mnie na ich zakup, ale gdybym miał wystarczająco dużo pieniędzy, mógłbym stworzyć raj dla niejednego literackiego fetyszysty.

Mam w swym księgozbiorze bez mała czterdzieści tysięcy książek. Nie wszystkie są fetyszami.

Z całą pewnością znajduje się wśród nich wiele antologii, których układaniem zajmował się Pan przez kilkadziesiąt lat. Skąd to zamiłowanie do wybierania i zestawiania tekstów?

Wszystko, co udało mi się osiągnąć w dziedzinie literatury, osiągnąłem jako czytelnik. Nawet te książki, które sam napisałem, nie powstałyby nigdy bez mojej fascynacji czytaniem. Jest to zresztą ich główny temat: Historia czytania6, Reading Diary, The Library at Night, The Reader on Reading… – w każdej z tych książek próbuję odpowiedzieć na pytanie, czym jest dla mnie akt czytania. Powiem dosadniej: nawet moje powieści zawdzięczają wiele moim lekturom.

Czytanie jest czynnością intymną. Czytamy w zamkniętych pokojach naszych domów, w prywatnych bibliotekach, tylko z rzadka robimy to w miejscach publicznych. Przychodzi jednak taki moment, w którym pojawia się pragnienie przekroczenia granicy intymnego świata, podzielenia się z innymi naszym doświadczeniem. Chcemy kogoś złapać za rękę i powiedzieć: musisz tego posłuchać, musisz poznać tę opowieść! Antologia doskonale się do tego nadaje.

Nie jest to jednak gest niewinny. Umieszczając dany tekst w zbiorze, zamykamy go w wymyślonej przez nas formule. Przyklejamy mu etykietę i pod tym szyldem wysyłamy w świat. Weźmy na przykład Zabójców Hemingwaya, jedno z jego najczęściej przedrukowywanych opowiadań. Możemy je opublikować w antologii literatury amerykańskiej, antologii opowiadań przygodowych, antologii opowiadań o dojrzewaniu etc. Za każdym razem zmieniamy sens utworu, zwracamy uwagę na inny aspekt, uwypuklamy inny problem. Sztuka układania antologii polega na umiejętnym wytyczaniu granic, w których chcemy czytać literaturę. Jest rodzajem cenzury, choć używanej w dobrze pojętym interesie literackim.

W swych książkach opowiada Pan również o przykładach źle pojętego interesu literackiego. Bohaterem jednej z takich historii jest nauczyciel z Colegio Nacional de Buenos Aires, który miał na Pana ogromny wpływ. Po latach okazało się, że był donosicielem.

Ten człowiek wszedł do naszej klasy pewnego dnia i zaczął czytać Kafkę. Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o tym pisarzu. Było to niezwykłe doświadczenie dla trzynastolatków. Jakby ktoś otworzył przed nami drzwi do innego świata. Mieliśmy wielkie szczęście, że żaden z profesorów uczących w Colegio nie zapoznał nas z francuską teorią literatury. Dzięki temu mogliśmy czytać naiwnie, utożsamiając się z postaciami, wyobrażając sobie miejsca, w których toczyła się akcja, wczuwając się w atmosferę opowieści.

Po ukończeniu szkoły zapisałem się na uniwersytet, ale zajęcia były tak nudne, że zdecydowałem się na radykalny krok: rzuciłem uczelnię i wyjechałem z Argentyny. Był rok 1968. Na początku lat 70. w Argentynie znów doszło do politycznej zawieruchy. Dyktatura po raz kolejny podniosła łeb. Moderdstwa, tortury, porwania, „desparecidos”7 – wszystko to znów stało się częścią życia Argentyńczyków.

W tym czasie podróżowałem po Europie, przez co straciłem kontakt z przyjaciółmi. Po jakimś czasie spotkałem kolegę ze szkoły. On też przebywał na emigracji – mieszkał w Brazylii. To od niego dowiedziałem się, że nasz nauczyciel literatury był kapusiem. Zadenuncjował grupę uczniów – przez niego wpadli w ręce milicji. Regularnie wskazywał tajniakom najaktywniejsze politycznie osoby. Skazywał je na pewną śmierć, bo reżim nie cackał się z nikim.

Uświadomiłem sobie wtedy, że człowiek, który miał tak ogromny wpływ na mój intelektualny i emocjonalny rozwój, który odegrał tak znaczącą rolę w moim życiu, jest odpowiedzialny za torturowanie dzieci! Miałem trzy możliwości. Odrzucić to, czego nas nauczył, dochodząc do wniosku, że wiedza przekazana przez złego człowieka również jest zła. Ale to oznaczałoby odrzucenie literatury, która stanowi sedno mojej egzystencji. Mogłem także zignorować wiedzę na temat jego nikczemnych działań i zachować w pamięci jedynie to, co mówił o moich ulubionych pisarzach. Trzecia droga – najtrudniejsza – polegała na pogodzeniu się z faktem, że nigdy nie da się oddzielić od siebie tych dwóch rzeczy: literatury i zła. Żeby sobie z tym jakoś poradzić, napisałem powieść News From A Foreign Country Came.

Literatura i etyka są nierozłączne?

W Archaicznym torsie Apolla Rilke pisze, że jeśli sztuka dotyka nas do żywego, to musimy się pod jej wpływem zmienić. Więc tak: literatura i etyka idą razem. Możemy zdefiniować złą literaturę (a szerzej: sztukę) jako taką, która nie wywołuje w nas żadnej etycznej reakcji.

Na koniec chciałbym zadać Panu pytanie, które w Kubusiu fataliście… stawia Diderot. Kto jest panem: autor czy czytelnik?

W rzeczywistości pytanie brzmi: kto będzie panem – czytelnik czy pisarz? Tę decyzję podejmujemy za każdym razem, gdy przystępujemy do lektury. Są książki, w których bezdyskusyjnie króluje pisarz, to on dyktuje warunki, które czytelnik musi zaakceptować. Mistrzem opowieści jest na przykład Conrad, który bezwzględnie panuje nad tekstem, zarządza nim, a także mną, bo poddaję się tej władzy bez sprzeciwu. Diderot podsuwa czytelnikowi instrukcję obsługi: mówi mu, jak ma czytać, na co zwrócić uwagę, jak zareagować.

Ale są książki, które zmuszają czytelnika do wejścia w rolę pana. Jakiś czas temu przeczytałem Kod Leondarda da Vinci, żeby sprawdzić, czym tak bardzo pasjonują się czytelnicy na całym świecie. I muszę wyznać, że z trudem powstrzymałem się przed poprawieniem wielu rozdziałów. Czytelnik tej książki musi być jej redaktorem.

To jedna z sytuacji, w których lektura jest zarazem niewyobrażalnie ciężką pracą.


Alberto Manguel

(ur. 1948 w Argentynie) - pisarz, tłumacz i wydawca. Tworzy głównie w języku angielskim, czasem w hiszpańskim. Dzieciństwo spędził w Izraelu, później wrócił do Argentyny, gdzie był lektorem niewidomego Borgesa. Wiele lat mieszkał w Kanadzie. Dziś we Francji, w odrestaurowanym średniowiecznym opactwie, w którym mieści się jego licząca 40 tysięcy tomów biblioteka. Prozatorski debiut Manguela “News from a Foreign Country Came” ukazał się w 1992 r. W Polsce wyszły dwie jego książki: “Moja historia czytania” oraz “Homer. Iliada i Odyseja”.


  1. Miguel de Cervantes, Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy, tłum. Anna Ludwika Czerny, Zygmunt Czerny, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1955. [return]
  2. Przeł. Paweł Lipszyc, Wołowiec: Czarne, 2012. [return]
  3. W polskim tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego: „Imię moje: Izmael” [return]
  4. Przeł. Zofia Chądzyńska, Warszawa: MUZA, 1999. [return]
  5. Przeł. Zofia Stanisławska, Warszawa: Warszawskie Wydawnictwo Literackie, 1999. [return]
  6. Moja historia czytania, przeł. Hanna Jankowska, Warszawa: MUZA, 2003. [return]
  7. (hiszp.) zniknięci – termin używany na określenie ofiar prześladowań politycznych w Argentynie i w Chile – przyp. G.J. [return]