Liczą się tylko saksofony
Rozmowa z Josefem Škvoreckým
Škvorecký: Pewnego dnia dotarło do mnie, że są takie chwile w życiu, gdy proza detektywistyczna jest cenniejsza niż złoto.
Grzegorz Jankowicz: Chodzą słuchy, że pierwszą powieść napisał Pan w wieku dziewięciu lat…
Josef Škvorecký: Źródła mojego pisarstwa są na wskroś freudowskie. Byłem cherlawym dzieckiem, często chorowałem, co skutecznie uniemożliwiało mi uczestnictwo w zabawach z rówieśnikami. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że doskonałym rozwiązaniem tej sytuacji (przykrej dla młodzieńca o silnie rozwiniętych ambicjach towarzyskich) jest wyobraźnia. Zacząłem marzyć o przygodach, których nie dane mi było doświadczyć. Któregoś dnia postanowiłem takie marzenie zapisać. Czytałem podówczas dwa pierwsze tomy niedokończonej trylogii Jamesa Olivera Curwooda w kapitalnym czeskim przekładzie1. Curwood nie zdołał jej dokończyć, bo zmarł przedwcześnie. Nie mogłem się pogodzić z faktem, że całość nie ma happy endu. Postanowiłem dokończyć sagę powieścią, którą zatytułowałem „Tajemnicza jaskinia”.
To była dobra proza?
Jak na mój wiek, niczego sobie. Krótki utwór: osiemnaście stron młodzieńczej prozy przygodowej.
Po publikacji pierwszej „dorosłej” powieści Tchórze w 1958 roku został Pan objęty zakazem druku, który został zniesiony na początku lat 60.
Napisałem tę powieść dekadę wcześniej, ale długo zwlekałem z wydaniem. Po prostu nie wierzyłem, że cenzura ją przepuści. Gdy jednak Stalin przeszedł na właściwą dla takich jak on stronę bytu, podjąłem próbę. Okazało się, że cenzura nie ma do tekstu żadnych zastrzeżeń, co zdumiało mnie niepomiernie. Dopiero później dowiedziałem się, że przychylność cenzury zawdzięczałem decyzji wysoko postawionych urzędników Komitetu Centralnego, którzy chcieli się mną posłużyć w walce z frakcją liberalną. Chcieli pokazać, do czego doprowadziłoby zluzowanie cenzorskich pęt. Przez kilka tygodni trwała nagonka w mediach. Krytykowano mnie wszędzie. Ludzie, którzy byli odpowiedzialni za druk powieści, stracili pracę.
Efekt był piorunujący. W zasadzie nigdy potem nie miałem tak udanej i zarazem darmowej promocji. Wszyscy zaczytywali się Tchórzami, oczywiście pod warunkiem, że zdążyli kupić egzemplarz, nim nakład został skonfiskowany. Ci, którzy mieli książkę, działali jak jednoosobowe prywatne biblioteki.
Nie miał Pan pietra?
Przez jakiś czas bałem się, że wyślą mnie do jednego z tych tajemniczych ośrodków reedukacyjnych. Ale nie zrobili tego, więc pisałem dalej.
Dużo tego było?
Niemało, niemało. Dość szybko ukończyłem zbiór opowiadań pod tytułem Siedmioramienny świecznik o Żydach z mojego rodzinnego miasta, w którym opisałem ich szalone losy. Potem napisałem powieść Batalion czołgów2 – drugie z moich dzieł, które zostało skonfiskowane – i wyrychtowałem Lwiątko, czyli trzeci zakazany utwór. Zanim powieść została zaaresztowana przez cenzurę, filmowcy zdążyli nakręcić na jej podstawie Flirt z panną Srebrną i pod takim tytułem rzecz została przełożona na kilka języków. Zacząłem również kolejną powieść, Fajny sezon, którą skończyłem wiele lat później w Toronto3.
Tak, kiedy patrzę na półkę z moimi książkami z tamtego czasu, to nie mam wątpliwości, że pisanie odgrywało w nim istotną rolę… Nie inaczej było w innych okresach mojego życia.
W 1969 roku opuścił Pan z żoną Czechosłowację. W Toronto założyliście emigracyjne wydawnictwo Sixty-Eight Publishers. Skąd ta decyzja?
Pewien dobry człowiek – niejaki pan Lexa z Czechosłowackiego Stowarzyszenia Sztuki i Nauki w Ameryce – słyszał o Batalionie czołgów, epickiej farsie opowiadającej o Armii Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej. Zaproponował mi wydanie tej książki nakładem Stowarzyszenia. Ale żona powiedziała stanowczo: „NIE! Dlaczego nie mielibyśmy tego zrobić sami? Potrzebna nam jest jedynie licencja za pięć dolarów”. Więc kupiliśmy licencję za pięć dolarów i otworzyliśmy wydawnictwo w naszym salonie. Jesteśmy bezdzietną parą, więc Sixty-Eight Publishers stało się naszym dzieckiem. Instytucja rozwijała się błyskawicznie. Wkrótce byliśmy zmuszeni wynająć pomieszczenia w opuszczonej fabryce. Moja żona, Zdena, pracowała przez czternaście godzin dzień w dzień, zajmując się wszystkim: redakcją, korektą, rachunkami, rozsyłką etc.
Jak wyglądała Wasza sytuacja finansowa?
Po przyjeździe do Kanady dostałem posadę profesora literatury amerykańskiej na Uniwersytecie w Toronto, dzięki czemu mieliśmy pieniądze na życie. W tamtych czasach działalność wydawnicza przynosiła duże zyski. Kiedy Sixty-Eight Publishers okazało się rentowną instytucją, postanowiliśmy, że przekształcimy ją w korporację – Sixty-Eight Publishers, Corp.
Kogo wydawaliście?
Publikowaliśmy przede wszystkim dwa rodzaje pisarzy: tych, którzy wyjechali z Czechosłowacji bez pozwolenia w 1948 roku po puczu komunistycznym, oraz tych, którzy zrobili to samo w roku 1968, kiedy Rosjanie wkroczyli do naszego kraju. To były dwie fale czeskiej i słowackiej emigracji. Pomiędzy nimi znaleźli się pisarze wyjeżdżający indywidualnie, a także obcokrajowcy, którzy pisali o Czechosłowacji, na przykład Arthur Miller czy Philip Roth. Innymi słowy – zostaliśmy wydawcami zakazanych książek, ponieważ rzeczy obcych autorów, którzy krytycznie pisali o reżimie komunistycznym, również były u nas zakazane.
Jak się Panu udało pogodzić te trzy aktywności: pisanie, wydawanie książek i uczenie?
W zasadzie cztery aktywności, bo musiałem jeszcze przygotowywać wykłady. Amerykańską klasykę przeczytałem jeszcze w Pradze. Ale to nie wszystko – są jeszcze wielotomowe komentarze do klasycznych tekstów, które byłem zmuszony poznać, żeby dać moim przyjaciołom z kanadyjskiego uniwersytetu szansę na kilkuminutową rozmowę w windzie (biuro miałem na wysokim piętrze, a windy nie były niestety tak szybkie jak dzisiaj). W komunistycznych czasach Uniwersytet Karola w Pradze nie posiadał tych publikacji. Po przyjeździe do Toronto musiałem przeczytać całą masę prac naukowych o Whitmanie, Cooperze, Hawthorne’ie, Twainie i innych. A biorąc pod uwagę, że historia literatury amerykańskiej jest nieco krótsza niż antyczne początki literatury Starego Świata, czytałem także – dla odmiany – traktaty o współczesnych klasykach: Dreiserze, Steinbecku, Hemingwayu, Faulknerze etc.
Odpowiadając na pytanie: prawdę mówiąc, mój drogi, nie mam pojęcia, jak mi się to udało pogodzić.
Przy jakiejś okazji zacytował Pan wypowiedź Henry’ego Millera o tym, że pisarze powinni mieszkać za granicą, bo dzięki temu ich język ojczysty staje się dla nich cenny. W Pańskim przypadku były dwa takie cenne języki. W komunistycznej Pradze był nim angielski, język autorów, których Pan studiował i tłumaczył. W Kanadzie – język czeski.
To prawda, zawsze byłem zawieszony pomiędzy czeszczyzną i angielszczyzną. Wiąże się z tym pewien paradoks. Dzięki językowi angielskiemu uświadomiłem sobie, że amerykańscy pisarze swobodnie mówią o swoim życiu i życiu współczesnych im ludzi. Nie muszą poddawać się autocenzurze, która nas ratowała przed samotnością i dawała szansę na dotarcie do czytelnika. Kiedy historia rzuciła mnie do Kanady, byłem zmuszony posługiwać się angielszczyzną non stop. Nawet do żony zwracałem się czasem po angielsku, żeby sprawdzić, czym jest „wolna miłość”, o której wtedy tak dużo się mówiło. Kiedy wieczorami siadałem do pisania, nie było żadnej autocenzury. Po jakimś czasie moje powieści zaczęły ukazywać się po angielsku, dzięki czemu doświadczyłem wolności mojej ukochanej czeszczyzny, która opowiadała o zniewolonej krainie, gdzie autocenzura była jedynym sposobem, by zobaczyć własne książki w księgarni.
W Pańskich powieściach mieszają się ze sobą różne rejestry językowe. Przypomina to kompozycję jazzową ze zmiennymi rytmami i tonacjami.
Na co dzień używam potocznej czeszczyzny (obecná čeština), chyba że akurat używam angielszczyzny. Ale dorastałem w mieście4, w którym dominował dialekt wschodnioczeski, którego nigdy się do końca nie pozbyłem. Tłumacząc amerykańskie książki z czarnymi charakterami, wykorzystywałem mieszankę potocznej czeszczyzny i dialektu. Dawało to niezłe efekty. Podobnie było z postaciami z moich książek. Bohaterów zbyt pewnych siebie i partyjnych aparatczyków wyposażyłem w to, co nazywane jest czeszczyzną urzędową. Nikt inny tak nie mówił. Sekretarzom partii, którzy kreowali się na intelektualistów, wkładałem w usta mieszankę łamanej czeszczyzny urzędowej i potocznej. Istnieje jeszcze kilka innych kombinacji. Nie myślałem o tym jako o kompozycji jazzowej, ale rzeczywiście jest coś na rzeczy.
Skoro już mowa o jazzie… Odgrywa on w Pana życiu i twórczości bardzo ważną rolę. To było wspólne doświadczenie dla wielu ludzi żyjących w krajach dotkniętych wojną, a potem komunizmem. Leopold Tyrmand wydał wiele lat temu świetny zbiór esejów U brzegów jazzu, w którym sugeruje, że muzyka jazzowa była narzędziem oporu przeciwko ideologii – nie tylko komunistycznej, ale także nazistowskiej. Tyrmand opisuje we wstępie zbioru niezwykłą scenę. W 1942 roku był w Niemczech jako przymusowy robotnik. Pewnej niedzieli wybrał się do portu rzecznego, gdzie zobaczył niemieckiego żołnierza pływającego w łódce z gramofonem i słuchającego jazzu. Tyrmand nie wytrzymał i zaczepił go słowami: „Pomyśl, tu grają, na tej płycie, jeden amerykański Żyd, jeden amerykański Murzyn i jeden zamerykanizowany Polak czy Czech… I co ty na to?”5. Niemiec zarumienił się i odpowiedział, że w ogóle go to nie obchodzi. Interesuje go tylko muzyka.
Po raz pierwszy usłyszałem jazz, kiedy ojciec przyniósł do domu uszkodzony gramofon. Wybrałem się do sklepu pana Maršika, który sprzedawał wszystko – od motocykli po środki owadobójcze. W tym miszmaszu znalazłem dwie perełki: Chicka Webba z jego orkiestrą i chórem oraz zakurzoną płytę Jimmiego Lunceforda.
Mój drogi, trzeba ci wiedzieć, że kiedy usłyszałem kwartet saksofonów, byłem przekonany, że to harmonia niebieska… Nagle kobiecy głos zaintonował frazę: „I’ve got a guy”. Nie miałem bladego pojęcia, kim ona była, bo w tamtych czasach nazwiska piosenkarek i piosenkarzy nie były istotne (liczyły się, i zresztą nadal liczą, tylko saksofony), ale wiedziałem, że to ja powinienem być tym gościem. No i Lunceford, Lunceford był moim bogiem.
A potem jazz zaczął sobie mościć miejsce w Pańskich powieściach.
O tak. Wychodzę z założenia, że dobrej epifanii nie należy ignorować, bo a nuż się nie powtórzy. Więc po wizycie w sklepie pana Maršika postanowiłem, że w każdej mojej powieści znajdzie się przynajmniej kilka zdań na temat jazzu. W jedynej powieści science fiction, jaką napisałem (Pulchra), pojawia się Antonín Dvořák, który gra na saksofonie.
Niestety nie znam książki Tyrmanda, ale miałem bardzo podobną przygodę. Niemieccy żołnierze przychodzili na niemal każdą próbę naszego zespołu (grałem na saksie, ma się rozumieć). Kiedy gestapo zabiło ojca naszego pierwszego saksofonisty tenorowego, grupa Niemców w mundurach złożyła mu kondolencje. Na samym rynku. Żenująca sytuacja.
Jak to się stało, że zaczął Pan pisać powieści detektywistyczne?
Życie mnie tego nauczyło. W 1960 roku zachorowałem na żółtaczkę najgorszego typu (nie pamiętam, która to jest litera alfabetu). Cztery miesiące spędziłem w izolatce dla ludzi chorych na tę niezbyt podówczas znaną zarazę. Moim naczelnym doświadczeniem szpitalnym była nuda. Nie było radia ani telewizji. W bibliotece znajdowały się dzieła Stalina, Lenina, Marksa i Engelsa. W sekcji rozrywkowej natomiast znalazłem Siemiona Pietrowicza Babajewskiego i inne świetliste wielkości literatury rosyjskiej o wdzięcznie brzmiących nazwiskach. Ale miałem dobrych przyjaciół – Lubomíra Drůžka, Jana Zábranę i Frantę Jungwirtha – którzy postanowili się ze mną pożegnać (choroba wyglądała na poważną), żegnając się jednocześnie ze swoimi powieściami detektywistycznymi (wszystko, co trafiło do izolatki, zostawało tam na wieki). Te książki były cenniejsze niż złoto. Były świadectwem przyjaźni. Gdy w Moskwie otwarto wielką Wystawę Amerykańską (akurat nastała Odwilż), Franta pojechał tam tylko po to, żeby ukraść jak największą liczbę powieści Gardnera, Hammetta i paru innych.
Dotarło do mnie, że są takie chwile w życiu, gdy proza detektywistyczna jest cenniejsza niż złoto. Po wyjściu ze szpitala napisałem trzy powieści z Janem Zábraną, który dał im także nazwisko, żeby cenzorzy się za bardzo nie czepiali. Cztery inne napisałem już na własną rękę (jedna została przerobiona na serial). Jak się pan domyśla, to nie był koniec.
Domyślam się. Przypadki inżyniera dusz ludzkich to bez mała dziewięćset stron… Ta powieść – w ogóle wszystkie Pana powieści – to kopalnia wspomnień, nie tylko Pańskich.
Każdy mężczyzna i każda kobieta dociera do punktu, w którym wydaje się, że istnieje niepoliczalna ilość doświadczeń wartych zapisania. Z racji tego, że ludzie wiedzą, czym się zajmuję, ciągle ktoś opowiada mi jakieś historie, które mają dla mnie nieodparty urok. Więc powtarzam sobie: Zapisz to, człowieku! Jesteś powieściopisarzem! To świetny materiał!
Oczywiście w większości przypadków to nie jest świetny materiał. Ale kiedy myślałem o nowej powieści, przeszło mi przez myśl, że zamiast tradycyjnego planu wypróbuję inną metodę. Zanotowałem na kartkach papieru tak wiele momentów z mojego życia, ile tylko potrafiłem. Potem rozrzuciłem te kartki po podłodze w kuchni, padłem na kolana i przez kilka dni układałem je w różne ciągi narracyjne. Następnie przepisałem wszystko na maszynie w porządku, jaki wyłonił się z kuchennego chaosu, zakasałem rękawy i zabrałem się do pracy.
Tytuł pojawił się na początku czy na końcu?
Na końcu. Kiedy całość była gotowa, zrozumiałem, że napisałem parodię stalinowskiego stylu, stąd tytuł, który przywołuje słynną stalinowską definicję pisarza – przepis na nowego Golema. Powieść jest w dużej mierze autobiograficzna. Nie widziałem jeszcze polskiego wydania, ale edycje czeska i angielska noszą podtytuł: „Entertainment ze starymi tematami życia, kobiet, losu, marzeń, klasy robotniczej, tajniaków, miłości i śmierci”6. I właśnie o tym jest ta powieść… Jak sądzę.
Chodzą słuchy, że tak naprawdę to chciał Pan zostać poetą.
To delikatny temat. W 1945 roku napisałem długi poemat w stylu Whitmana pod tytułem Nie traćcie nadziei. To był opis świata. Takiego świata, jakim go widziałem. Gdybym jednak miał z całą bezwzględnością ocenić ten utwór, to powiedziałbym, że był to – by tak rzec – jednorazowy poemat.
Josef Škvorecký
(ur. 1924 w Czechach, zm. 2012 w Kanadzie) - pisarz, tłumacz i wydawca. W 1958 r. ukazał się w Czechosłowacji jego debiut prozatorski “Tchórze”, który przez władze został uznany za obraźliwy dla narodu czeskiego. Po wydarzeniach 1968 r. na stałe wyjechał do Kanady, gdzie założył najsłynniejsze czeskie wydawnictwo emigracyjne 68 Publishers. Był autorem kilkunastu powieści, z których większość została przetłumaczona na język polski, m.in.: “Przypadki inżyniera ludzkich dusz”, “Przypadki niefortunnego saksofonisty tenorowego”, “Dwa morderstwa w moim dwoistym życiu” czy “Batalion czołgów”. Škvorecký nierzadko dotykał poważnych i niewygodnych tematów, pozostając jednym z najbardziej przenikliwych obserwatorów czeskiej kultury XX wieku. Wielki miłośni jazzu, szczególnie skasofonu, na którym w młodości grał w zespole Red Music.
- Tajemnicza jaskinia, o której pisze Škvorecký miałaby być kontynuacją cyklu, w skład którego wchodziły prawdopodobnie książki Łowcy wilków i Łowcy złota. W polskim wydaniu te książki występują jako dwie pierwsze części trylogii, której faktycznie Curwood nie napisał. Zrobiła to za niego jego polska tłumaczka, Halina Borowikowa, i pod pseudonimem Jerzy Marlicz wydała Łowców przygód. W 1934 roku w praskim wydawnictwie Novina ukazała się książka Jiřiego Marlicza (!) pt. Tajemná jeskyně z ilustracje Zdeńka Buriana. [return]
- Przeł. A. Jagodziński, Sejny: Pogranicze 2004. [return]
- W 1975 roku. [return]
- Chodzi o Náchod. [return]
- Leopold Tyrmand, U brzegów jazzu, wstęp. Stefan Kisielewski, Kraków: Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 1957, s. 34. [return]
- Polski przekład Andrzeja Jagodzińskiego wydany nakładem wydawnictwa Pogranicze w 2009 roku również nosi taki podtytuł. [return]