Jesteś olbrzymem i mieszkasz w jaskini!
Rozmowa z Etgarem Keretem
Keret: Napięcie między tradycją i anarchią, porządkiem i chaosem określa nie tylko moją świadomość, ale także mentalność całego izraelskiego społeczeństwa.
Grzegorz Jankowicz: Gdy w 1994 roku ukazała się Twoja druga książka
Tęskniąc za Kissingerem, krytycy na dobre zaczęli Cię przedstawiać jako rzecznika młodej generacji Izraelczyków. Opowiadanie Syrena (z wcześniejszego tomu pod tytułem Rury) trafiło nawet na listę lektur obowiązkowych dla maturzystów, bo „doskonale przedstawiało sytuację młodych ludzi”. Czy przyjąłeś tę rolę bez oporu?
Edgar Keret: Jeśli ludzie traktują pisarza jako rzecznika danego pokolenia, to znaczy, że są zbyt leniwi, by zapoznać się bezpośrednio z jego rówieśnikami. Próbują go zaszufladkować, zredukować jego dzieło do banalnego i łatwego do zutylizowania przekazu. „Rozmowa z tym a tym pisarzem zwalnia nas z obowiązku bliższego kontaktu z naszymi dziećmi czy naszymi uczniami… Przecież on przemawia w ich imieniu”. To uproszczenie prowadzi do licznych nieporozumień.
Mam czasem wrażenie, że ledwie, ledwie udaje mi się być rzecznikiem samego siebie! Czytając swoje dawne opowiadania, łapię się na tym, że wyrażone w nich opinie pozostawiają mnie dziś obojętnym. A jednak jest coś, co odróżnia moje pisarstwo – to nieokiełznane bajczarstwo – od literatury uprawianej przez wcześniejsze pokolenia prozaików, na przykład Amosa Oza czy Dawida Grossmana. Ta różnica nie oznacza jednak, że reprezentuję swą generację! Pomiędzy mną a czytelnikiem zawiązuje się szczególny rodzaj intymności. Czytelnik może powiedzieć do pisarza: „Coś nas łączy”. Nigdy zaś nie powie: „Mówisz w imieniu mojej generacji”.
Zawsze jesteśmy za młodzi albo za starzy, by załapać się na pokoleniowy transport, nawet jeśli wydaje nam się, że w pełni przynależymy do jakiejś grupy. To tymczasowe wrażenie.
W jednej z opublikowanych w Izraelu recenzji przeczytałem, że jesteś całkowicie wolny od literackich wpływów.
Izraelscy krytycy często powtarzają tę opinię, ale jest fałszywa. Pisarzami, którzy mieli i nadal mają na mnie największy wpływ nie są wcale autorzy izraelscy, lecz żydowscy pisarze z diaspory: Franz Kafka, Izaak Babel, Izaak Bashevis Singer i Szolem Alejchem. Wszyscy oni prezentują punkt widzenia outsidera, z którym w pełni się identyfikuję. Bardzo bliskie jest mi doświadczenie Żyda mieszkającego gdzieś w Europie, który znajduje się zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz wspólnoty, jest częścią społeczeństwa, ale spogląda na nie spoza jego granic.
Jedną z najważniejszych cech Twoich opowiadań jest humor i ironia. Skąd to przywiązanie do humoru?
Humor jest jedyną szansą na przetrwanie dla bardzo wrażliwych ludzi. Powtarzam: jedyną szansą. Dość wcześnie zorientowałem się, że mówiąc coś w śmieszny sposób, można uniknąć kłopotów. Humor uświadamia ludziom, że ich prawda, pielęgnowana i pilnie strzeżona, nie jest jedyną prawdą ludzkości. To także świetny sposób na radzenie sobie z pewnymi emocjami, które podane inaczej czynią z nas żałosnych sentymentalistów.
W kulturze żydowskiej humor służy przede wszystkim do przekazywania uczuć. Cały czas żartujemy ze swoich rodziców i dzieci, okazując im w ten sposób miłość. Ironia może także alienować, ale dla mnie jest poręcznym narzędziem – przekaźnikiem emocji. Gdybym ci powiedział, że bardzo kocham mojego syna i że jest piękny, rozkosznie się uśmiecha, robi rozbrajające miny etc., zrobiłoby się dziwnie.
Ale jeśli powiem, że mój syn wygląda jak Mussolini…
To zmienia postać rzeczy…
No właśnie. Nie skończył jeszcze dwóch lat a już zachowuje się jak mały dyktator. Bez tego porównania utonęlibyśmy w nudnym patosie.
A skąd forma krótkich opowiadań?
Formę wybiera się instynktownie, odruchowo. Jeśli wyciągnę gwałtownie rękę w twoją stronę, natychmiast się odsuniesz. W ten sam sposób powstają moje opowieści. Coś się ze mną dzieje – opowiadanie jest moją instynktowną reakcją. Moment pisania przypomina sen. Tak naprawdę nie myślę wtedy o formie. Mam przed sobą jedynie esencję, widzę jakiś kierunek, potem pojawia się nurt, który mnie porywa i niesie w nieprzewidywalną stronę. W rzeczywistości nie podejmuję żadnych świadomych decyzji ani na temat formy, ani treści.
Piszesz prozę, scenariusze do programów telewizyjnych i radiowych, scenariusze do komiksów, jesteś reżyserem filmowym. Nie gubisz się w tym?
Wszystkie te rozmaite działania łączy jedno: dają możliwość opowiadania historii. A ja jestem przede wszystkim gawędziarzem. Czuję dojmującą potrzebę opowiadania historii. Gdy coś się zaczyna dziać, od razu staram się uporządkować zdarzenia, nadać im narracyjną formę, narzucić im sens.
Ale postrzegam siebie głównie jako pisarza. Pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Nie mogę bez tego żyć. Inne aktywności są rodzajem przygody, wyboru. Pociąga mnie w nich możliwość współpracy z ludźmi. Pisanie wiąże się z samotnością. We współpracy z innymi chodzi natomiast o intymny dialog. To ważne, bo od pewnego wieku nie zawiera się już tak dobrych i bliskich przyjaźni. Spotykasz kogoś (nieważne, czy jest to operator filmowy, aktor, czy ilustrator) i dajesz nura w nowy, czasem zupełnie obcy, świat. Zawsze powtarzam żonie, że kiedy idę do redakcji albo gdy pracuję z ilustratorem, czuję się tak, jakbym ją zdradzał – bliskość z inną osobą jest tak intensywna.
W jednym z wywiadów powiedziałeś, że w Izraelu nie ma literatury fantastycznonaukowej, ponieważ Izraelczycy nie potrafią sobie wyobrazić, co przyniesie przyszłość. Czy to oznacza, że izraelski pisarz ma tylko jeden wybór: teraźniejszość?
Rzeczywiście, mamy bardzo silną tradycję hiperrealizmu. Większość naszych filmów i książek rozgrywa się w określonym momencie, w konkretnych warunkach politycznych. Historia jest zawsze dookreślona. Baśnie, surrealistyczne opowieści, metafory przedstawiające ludzką kondycję – wszystko to jest bardzo rzadkie w izraelskiej kulturze.
Podczas pracy nad filmem Meduzy najtrudniejsze okazały się rozmowy z aktorami. W moim filmie występował naturszczyk, który na co dzień pracuje jako policjant. Mówię mu: „Jesteś olbrzymem, który mieszka w jaskini; ludzie rzadko wpadają z odwiedzinami, dlatego kiedy już się zjawią, próbujesz ich zatrzymać na dłużej”. Na co on: „Dajesz mi złe instrukcje. Muszę wiedzieć, ile zarabiam, ile mam dzieci i do jakiej szkoły one chodzą”. „Ale przecież jesteś olbrzymem – mówię – i mieszkasz w jaskini!”. „Tak bez dzieci i żony? – nie daje za wygraną. – Trochę łyso”.
Pytam o chwilę teraźniejszą, ponieważ w tekstach krytycznych na Twój temat powraca uderzająca ambiwalencja. Jedni mówią, że jesteś absolutnie apolityczny, drudzy natomiast, że wręcz odwrotnie, choć nawiązujesz do kwestii politycznych w sposób frywolny i ironiczny. Która z tych opinii jest prawdziwa?
Wydaje mi się, że jestem bardzo polityczny. Ludzkie życie to przecież także część polityki. Polityka jest zbudowana na nienawiści, podejrzeniach, wielkoduszności, miłości… Owszem, niektórzy widzą (?) ją jako brutalną walkę o władzę. Stąd zarzut, że kiedy pisarz zajmuje się polityką, spłaszcza przekaz, upraszcza, zamienia się w publicystę. W Izraelu polityka rzeczywiście polega na wyborze jednej z dostępnych opcji. Należysz albo do obozu prawicowego, albo lewicowego – żadnych szans na dialog. Dla odmiany, moja „praca”, moje zadanie polega na wprawianiu ludzi w zakłopotanie. Wnoszę na polityczne salony bombę z opóźnionym zapłonem.
Ten sokratejski gest świadczy chyba o nastawieniu politycznym?
Godard zasugerował kiedyś, że aby zrozumieć konflikt między Izraelem i Palestyną, musimy uchwycić różnicę między opowieścią a dokumentem. Pisarze izraelscy mogą tworzyć historię, konstruować fabułę. Palestyńczycy dysponują jedynie dokumentami, prezentują światu czyste fakty. Jakbyś umieścił swoje pisarstwo między tymi skrajnościami?
Nie zgadzam się z tą opozycją! Podział przebiega wzdłuż innej linii. Izraelczycy są przywiązani do prozy, natomiast Palestyńczycy do poezji. Gdy opowiadają o jakiejś sytuacji, nie posługują się narracją ciągłą, lecz obrazem. Drzewo oliwne w ogrodzie, pięćdziesięcioletni dom… Pomiędzy obrazami nie musi być żadnego związku czasowego czy przyczynowego. Najwybitniejsi pisarze palestyńscy to poeci, jak na przykład Mahmud Darwish.
Po której stronie owej granicy znajduje się zatem Twoje pisarstwo?
Źródła mojej literatury biją w miejscu, które jest bliższe poezji. Tworzę poezję przebraną za prozę. Materiał, z którego zwykle robi się wiersz, wpycham w narracyjną formę. Emocje i skojarzenia są ważniejsze niż bezkolizyjne przejście od punktu A do punktu B. Jakiś czas temu rozmawiałem z izraelską pisarką Judith Katzir o konflikcie między Izraelczykami i Palestyńczykami. Powiedziała, że zarówno jedni, jak i drudzy przywiązują wielką wagę do siły i honoru. „Mamy, jak oni, własny wirtualny świat mitów. I dla nas, i dla nich kultura macho jest ważniejsza niż głos artystów czy intelektualistów działających na rzecz pokoju”. Zgadzasz się z tą opinią?
Tak. Gdybym jednak miał wyjaśnić, dlaczego proces pokojowy nie przynosi pozytywnego efektu, powiedziałbym po prostu, że łatwiej jest niszczyć niż budować. Kiedy spotykają się intelektualiści albo ludzie kultury reprezentujący obie strony, rzecz staje się niezwykle delikatna. Przypomina trochę budowanie wieży z kart. Tymczasem jedna bomba, jedno zabójstwo, jeden wystrzał mogą zniszczyć wszystko. Ludzie, którzy pracują nad budową zaufania, męczą się nad detalami, żeby posunąć proces pokojowy choć o krok do przodu, a potem cofamy się o pięć kilometrów z powodu bomby w przedszkolu.
Paradoks polega na tym, że mimo konfliktu wiele łączy Wasze narody.
Rzeczywiście, gdy sprowadzimy wszystko do podstawowego poziomu, okaże się, że Izraelczycy i Palestyńczycy mają ze sobą wiele wspólnego! Jest tak dlatego, że nasze kraje są najbardziej „zachodnimi” państwami Bliskiego Wschodu. Gdyby przenieść mieszkańców Palestyny do Syrii, żyłoby im się tam znacznie trudniej niż w Tel Awiwie.
Jesteś bardzo krytyczny wobec swojego narodu, wobec stereotypów i klisz kulturowych. Muszę zadać Ci bodaj najpoważniejsze pytanie: co Cię tam trzyma?
Jeśli traktujesz jakieś miejsce jako własne, masz prawo i obowiązek je zmieniać. Gdybym przyjechał do Polski i zaczął się tutaj spierać z ludźmi o politykę wewnętrzną, miałbyś pełne prawo powiedzieć mi: „Kim jesteś, żeby mnie pouczać?”.
Jestem synem ludzi, którzy przeżyli Holokaust. Moja matka wychowała się w Warszawie, ale w pewnym momencie poczuła, że to nie jest jej miejsce. Moja przynależność do Izraela jest bezdyskusyjna, dlatego walczę o ten kraj.
Poza tym jako pisarz żyję w moim języku, myślę po hebrajsku, mówię po hebrajsku. Gdy – jak teraz – muszę rozmawiać po angielsku, czuję się jak inwalida. W hebrajskim byłbym w stanie zmetaforyzować każde zdanie.
Życie w miejscu, w którym nie mógłbym stale mówić po hebrajsku, byłoby niemożliwe.
Podczas naszego ostatniego spotkania opowiadałeś mi o hebrajszczyźnie. Ten język posiada osobliwą cechę: łączy w sobie tradycję biblijną (bardzo starą) i coś zupełnie nowego (niski rejestr języka).
Hebrajski nie należy do języków organicznych, które ciągle się zmieniają. Przez dwa tysiące lat był trzymany w zamrażarce. Jego wyjściowa matryca pochodzi z Biblii, ale współczesna hebrajszczyzna wchłania także słowa i formy gramatyczne z innych języków, co pozwala jej użytkownikom nagminnie łamać reguły. Ta podwójna natura hebrajskiego doskonale oddaje ducha Izraela. Napięcie między tradycją i anarchią, porządkiem i chaosem określa nie tylko moją świadomość, ale także mentalność całego izraelskiego społeczeństwa. Przeciwieństwa wciąż się ze sobą ścierają. I tak jest dobrze.
Tę cechę trudno oddać w przekładzie.
Ale język i tak narzuca swojego ducha. Mam dobry przykład. Izrael jest tak przeżarty tradycjonalizmem, że w sobotę nie można się przejechać autobusem, bo to wbrew Biblii. Z drugiej strony wysłaliśmy kiedyś transwestytę na konkurs Eurowizji. Czy to jest Iran, czy San Francisco? Tożsamość żydowska zawiera w sobie paradoks. Język musi odzwierciedlać tę sytuację mentalną, ale nie tylko w warstwie stylistycznej czy zdaniowej. Chodzi przede wszystkim o metaforę…
Olbrzym mieszkający w jaskini…
Tak! Olbrzym, który nie lubi samotności. Na szczęście metafory chodzą parami!
Etgar Keret
(ur. 1967 w Izraelu) - prozaik, felietonista i reżyser. Mistrz krótkiej formy. Karierę rozpoczynał jako dziennikarz, szybko jednak przerzucił się na pisanie opowiadań. Jest autorem tomów opowiadań. Większość z nich ukazała się po polsku, m.in.: “Tęskniąc za Kissingerem”, “Kolonie Knellera” czy “Nagle pukanie do drzwi”. Bohaterowie opowiadań Kereta to zwyczajni ludzie, mieszkańcy Tel Awiwu, konfrotnujący się z fantastycznymi, czasem absurdalnymi sytuacjami. Na podstawie jego prozy powstało wiele filmów. Sam autor wyreżyserował (we współpracy z żoną, Shirą Geffen) nagrodzone w Cannes “Meduzy”.