Czytać, czyli być

Rozmowa z Earle'em Havensem

Havens: Biblioteka jest naszym autoportretem, naszą autobiografią, odbiciem naszej twarzy i obrazem naszego wnętrza.

I

Grzegorz Jankowicz: Pożyczaszksiążki?

Earle Havens: Książki, które do mnie należą?

GJ: Tak.

EH: Z mojej prywatnej kolekcji?

GJ: Właśnie takie – przez Ciebie kupione i stojące na półce w Twojej domowej bibliotece. Wyobraźmy sobie, że znajomi przychodzą w odwiedziny i na odchodnym jednemu z nich wpada w oko ciekawa pozycja…

EH: Odpowiedź brzmiałaby: nie.

GJ: Niezbyt towarzyska reakcja.

EH: To oczywiście żart. Mam u siebie sporą grupę książek, które wykorzystuję w pracy z doktorantami. Często im je pożyczam – bez tego zajęcia nie mogłyby się odbyć – ale z zastrzeżeniem, że jeśli nie zwrócą na czas, to nici z doktoratu.

GJ: Rozumiem, że raczej ich nie przetrzymują.

EH: Nie trzeba im dwa razy powtarzać. Ale mówiąc poważnie: nie ma na świecie takiego kolekcjonera, który lubiłby wypuszczać książki z domu. To jest cecha, która łączy nas wszystkich. A mówię tu zarówno o profesjonalnych zbieraczach, jak i zwykłych czytelnikach, którzy od czasu do czasu dorzucają do swojej biblioteczki trochę nowych rzeczy.

GJ: Skąd się bierze ta zaborczość?

EH: Powody są różne. Weźmy na przykład książki antykwaryczne z mojej kolekcji – siedemnasto- czy osiemnastowieczne dzieła, które kupiłem na aukcjach. Ogromną rozkosz sprawia mi opowiadanie o nich i “dzielenie się” nimi z przyjaciółmi czy specjalistami. Ale “dzielić się” to nie to samo, co “pożyczać”. Należę do dwóch amerykańskich klubów zrzeszających miłośników książek: do nowojorskiego Grollier Club oraz bostońskiego The Club of Odd Volumes. W Bostonie spotykamy się w każdą sobotę. Zaczynamy od długiego lunchu i niezobowiązujących rozmów. Później zapalamy cygara i przechodzimy do poważniejszych tematów. Punktem kulminacyjnym jest prezentacja przywiezionych przez każdego z nas książek. Puszczamy je w obieg i snujemy opowieści o ich historii: przez jakie ręce przeszły, gdzie były przechowywane, gdzie je wyłowiliśmy… Ta część programu nazywa się “pokaż i opowiedz”. Niektórzy przywożą księgi mające po kilkaset lat. Inni dzielą się tomami sprzed pięciu czy dziesięciu lat. Jednak najważniejsza jest opowieść. Książki krążą wokół stołu, ale w pewnym sensie to nie nasze ręce je podtrzymują, lecz historie, które towarzyszą prezentacji.

GJ: A opowieści z samych książek?

EH: Kolekcjonerzy – prawdziwi zbieracze, którzy nie widzą świata poza kolekcją - bardzo rzadko czytają zakupione przez siebie rzeczy. Interesuje ich sam artefakt. Poszczególne powieści, zbiory wierszy czy traktaty mają zazwyczaj wiele różnych wydań. Dotarcie do określonych treści nie jest problemem. Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś posiada oryginalne wydanie O pochodzeniu gatunków Darwina… Po pierwsze taki egzemplarz jest wart fortunę. Po drugie ekscytująca jest droga, którą przeszedł z drukarni do aktualnego właściciela. Po trzecie ciekawe są ślady pozostawione w nim przez poprzednich czytelników.

GJ: Na co dzień opiekujesz się księgozbiorem jednej z amerykańskich uczelni.

EH: Jestem kustoszem kolekcji manuskryptów i starodruków, która należy do Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w USA. Mamy trzy biblioteki. Założoną w 1857 roku George Peabody Library, która jest jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Budynek, w którym się mieści, oddany do użytku w roku 1878, to architektoniczne arcydzieło. Kolekcja Peabody jest uniwersalna i obejmuje wszystkie dziedziny wiedzy. Mamy jeszcze bibliotekę –John Work Garrett Library – z bardzo rzadkimi książkami. I wreszcie główną bibliotekę uniwersytecką – Brody Learning Commons – odpowiednik waszej Biblioteki Jagiellońskiej.

Pod moją pieczą znajdują się wszystkie zbiory specjalne, czyli rzadkie i stare publikacje.

GJ: A jak liczna jest Twoja prywatna kolekcja?

EH: W domu mam około dwa tysiące książek. Wśród nich znajduje się pięćdziesiąt białych kruków.

GJ: Jak to się zaczęło?

EH: Na pierwszym roku studiów jedna z moich profesorek – Kate Frost z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin – zabrała mnie do czytelnistarych książek. Nie miałem wtedy pojęcia, że wciąż istnieją średniowieczne inkunabuły. Zajmowaliśmy się akurat Opowieściami kanterberyjskimi Chaucera. Profesorka pokazała nam rękopis tego wspaniałego dzieła. Był to tak zwany Cardigan Chaucer – jedna z pierwszych kopii, sporządzona około 1450 roku. Wyróżnia ją to, że dotrwała do naszych czasów niemal bez uszczerbku. Czytałem prolog utworu z manuskryptu i miałem wrażenie, że jakaś siła przenosi mnie do przeszłości. Zniewalająca była materialność samego obiektu: pożółkły papier, równo kładziony atrament, inkrustacje, odciśnięte na rękopisie – nieliczne, ale widoczne – ślady użytkowania, pozostałości po kolejnych lekturach, znaki obecności, które pobudzały moją wyobraźnię i pozwalały połączyć teraźniejszość z epoką Chaucera.

GJ: Wtedy postanowiłeś kolekcjonować książki?

EH: Nie, choć od razu przeszło mi przez myśl, że kiedyś chciałbym badać podobne artefakty. Pomysł na kolekcjonowanie książek pojawił się nieco później. W 1996 roku – jeszcze jako doktorant Uniwersytetu Yale – zostałem zatrudniony w Bainecke, czyli słynnej bibliotece starodruków i rękopisów. Zafascynowała mnie historia kolekcjonerstwa. Łapczywie połykałem kolejne prace na ten temat. Któregoś dnia powiedziałem żonie, że znalazłem cel w życiu i wiem już, czym chcę się zajmować w przyszłości: będę zbierał stare książki. Wyraziła ostry sprzeciw. Argumentowała bardzo racjonalnie, a mianowicie, że zajmuję się rzadkimi drukami siedem dni w tygodniu, od rana do wieczora, a teraz zamierzam poświęcić na to również noce i weekendy. Co to, to nie! Nie dałem za wygraną, ale wiedziałem, że potrzebna mi jakaś przykrywka. Zacząłem więc kolekcjonować medale okolicznościowe. Ta zastępcza pasja miała wiele zalet. Przede wszystkim medale nie są drogie. Przynajmniej niegdyś można je było kupić za grosze. Zgromadziłem około setki takich eksponatów. Jeśli jednak ktoś chce być poważnym i poważanym kolekcjonerem, musi dobrze poznać dziedzinę, którą się zajmuje. Co oznacza, że potrzebne są mu katalogi i specjalistyczne opracowania. Tak, tak, potrzebne są książki! Oto mamy wyjątkowy medal, którego historia została opisana w tomie z dziewiętnastego wieku. Trzeba koniecznie ten tom kupić, by ową historię poznać, by przekonać się, jaka jest rzeczywista wartość obiektu. Bibliotekę trzeba stale powiększać, bo przecież opinię jednego eksperta należy skonfrontować z opinią drugiego, a nawet trzeciego i czwartego. Specjalistyczne opracowania są po prostu niezbędne. I to nie tylko te z dziewiętnastego wieku, ale także wcześniejsze. W ten sposób – tylnymi drzwiami – wprowadziłem do domu kolekcję rzadkich książek.

Niektóre z nich naprawdę opowiadają o medalach okolicznościowych.

GJ: Pierwsza kupiona przez Ciebie książka?

EH: Jako student spędziłem rok w Holandii, korzystając ze stypendium naukowego. Pewnego dnia – zwabiony widokiem wystawionych na witrynie książek – zajrzałem do antykwariatu. Znalazłem tam kilka interesujących tomów. Były w strasznym stanie: upchnięte pod ścianą, z poprzecieranymi lub powyrywanymi stronami, pogniecionymi rogami, z licznymi zabrudzeniami. Słowem: przerażający widok dla wrażliwego bibliofila. Zaciekawiły mnie przede wszystkim dlatego, że zawierały ślady cenzorskich interwencji. Niektóre fragmenty tekstu zostały przekreślone. Okazało się, że są to ingerencje Świętej Inkwizycji. Książki, które miałem przed oczami, zostały niegdyś umieszczone na indeksie ksiąg zakazanych! – pomyślałem i poczułem ten wyjątkowy impuls, mieszankę podniecenia, wręcz oszołomienia, i maksymalnej koncentracji, jakby za chwilę miało się wydarzyć coś bardzo ważnego, do czego trzeba się przygotować. Postanowiłem kupić jedną z nich: Sylva nuptialis Giovanniego Nevizzano, turyńskiego prawnika – napisany po łacinie traktat z zakresu prawa, którego autor z sarkazmem odnosi się do kobiet, głosząc, że są dziełem Szatana, stworzonym na zgubę mężczyzn, a na dodatek twierdzi, że cudzołóstwo i konkubinat to grzechy pomniejsze! Za egzemplarz z 1540 roku (piąta edycja, ostatnia wydana za życia Giovanniego) dałem około sto dolarów. Jakiś czas później rozpocząłem dochodzenie. Poszedłem tropem nazwiska inkwizytora. Zgromadziłem informacje na jego temat: gdzie się urodził, gdzie działał, jaki był zakres jego kompetencji etc. Wyposażony w tę wiedzę – a badania zajęły mi niecały tydzień – wybrałem się do profesjonalnego sprzedawcy rzadkich książek działającego w Kalifornii, z którym dobiłem targu. Za mój opakowany w opowieść tom zapłacił cztery tysiące dolarów. Wystarczyła znajomość łaciny, umiejętność korzystania z biblioteki uniwersyteckiej, w której znalazłem wszystkie dane, a także odrobina literackiego talentu, który jest niezbędny, gdy zabieramy się za prezentację książki.

Ludzie nie mają pojęcia, jakie skarby leżą w ich piwnicach, garażach czy sklepach. Na eBayu znalazłem kiedyś dwa medale z XIV wieku. Przedstawiają papieża Aleksandra VI. Kupiłem je za dwadzieścia cztery dolary. Ich rzeczywista wartość – jak się domyślasz – jest tysiące razy większa!

GJ: Nie jest zatem tak, że wszystkie rzadkie książki albo zaginęły, albo zostały

kupione, albo je skradziono?

EH: Skądże! Choć oczywiście dziś szanse na znalezienie czegoś wyjątkowego są dużo mniejsze niż kilkadziesiąt lat temu. W okresie międzywojennym, zwłaszcza w czasie Wielkiego Kryzysu, rynek rzadkich i starych książek był dużo bogatszy. Odpowiedzialna za to była ekonomia. Wiele europejskich instytucji musiało wyprzedawać książki ze swych kolekcji.

GJ: A dlaczego ceny starodruków czy manuskryptów stale rosną?

EH: Odpowiadają za to biblioteki uniwersyteckie. Jedno z moich zadań polega na wyszukiwaniu książek do naszej bibliotecznej kolekcji. Otrzymuję rocznie około trzysta pięćdziesiąt katalogów aukcyjnych z całego świata, które uważnie studiuję, wybierając z nich interesujące pozycje. Za każdym razem, gdy kupuję jakąś książkę, podbijam cenę egzemplarzy wciąż obecnych na rynku. Wiadomo, że biblioteka już nigdy nie pozbędzie się zakupionego woluminu, co znaczy, że rynek się kurczy, a ceny idą w górę.

Kilka lat temu znalazłem w Londynie prywatnych kolekcjonerów, którzy zgromadzili największy na świecie zbiór falsyfikatów – literackich i historycznych fałszywek. Tysiąc siedemset woluminów i dokumentów, w których znajdują się zarówno starożytne rękopisy, jak i dwudziestowieczne kopie. Wywrotowa historia zachodniej kultury od antyku po wiek XX. „Wywrotowa”, bo złożona z podróbek.

Ludzie, o których mowa, to Arthur i Janet Freemanowie, historycy książki, eksperci w zakresie bibliografii.Budowali kolekcję przez przeszło pięćdziesiąt lat. Strzegli jej zazdrośnie, trzymając z dala od specjalistów, do chwili, gdy ją odkupiłem.

GJ: Ile kosztował ten zbiór?

EH: Nie mogę zdradzić kwoty. Żeby dać czytelnikom wyobrażenie o skali tej transakcji, powiem tylko, że kolejne – wysokie – raty spłacaliśmy przez trzy lata. Ale księgozbiór był wart każdego centa. Dziś przyjeżdżają do nas najwybitniejsi specjaliści z całego świata, by prowadzić badania. Organizujemy konferencje, szykujemy książki i wystawy. W ten sposób dzielimy się tym niezwykłym bibliofilskim skarbem.

GJ: Skoro mowa o bibliofilii, czy możemy zdefiniować kilka podstawowych pojęć? Kim jest bibliofil?

EH: To ktoś, kto kocha książki jako obiekty i zwraca szczególną uwagę na technologię ich wykonania. Liczą się dla niego zapach druku, faktura strony czy okładki oraz szczegóły, których kompletna lista wypełniłaby opasły tom. Gdy w swoim biurze otwieram po raz pierwszy jakąś rzadką książkę, pierwsze co robię, to wącham ją.

GJ: Czy nie od tego właśnie zaczyna się bibliomania?

EH: Trzeba to sobie jasno powiedzieć: jeśli zdarza ci się wąchać i godzinami oglądać książki, jeśli rozkoszujesz się fakturą ich skórzanych okładek, jeśli zapominasz przy tym o bożym świecie, znaczy to, że jesteś w tarapatach. Niektórzy nazywają bibliomanię patologią i coś w tym jest.

Mam przyjaciela, z którym rozwiodła się żona, ponieważ całe zarobki wydawał na książki. Podczas rozprawy rozwodowej żona zażądała podziału księgozbioru! Chciała odzyskać pieniądze. Jak widać, bibliomania może zrujnować człowiekowi życie.

Inny mój przyjaciel, mieszkający w Nowym Jorku, jest jednym z najlepszych na świecie chirurgów. Specjalizuje się w operacjach mózgu. Zgromadził niemal wszystkie publikacje na temat mózgu wydane od wynalezienia druku do XVII wieku. Miliony dolarów! Niewyobrażalne kwoty! Jako wzięty chirurg może sobie na to pozwolić. Niemniej jednak mamy do czynienia z maniakiem, który realizuje szaloną ideę.

Znajomy z Irlandii kolekcjonuje książki wydane w XVIII wieku. Ale interesują go wyłącznie ze względu na rodzaj oprawy. Kiedyś występowaliśmy razem w Dublinie, prezentując eksponaty z naszych kolekcji. Przez kilkanaście minut opowiadał o pewnym dziele, zwracając szczególną uwagę na jego wygląd. W którymś momencie zadałem mu nieśmiałe pytanie, o czym jest ta książka. “Nie mam bladego pojęcia”. – odpowiedział. – “Kupiłem ją tylko dlatego, że ma olśniewającą oprawę”. Oto kolejny przykład pasji, która ma posmak szaleństwa.

GJ: Wróćmy zatem na bezpieczny teren bibliofilii.

W Bostonie poznałem pewnego człowieka, który kolekcjonuje sztychy oraz książki z rycinami przedstawiającymi antyczne – greckie – monumenty. Nie są to zwyczajne sztychy i ryciny, lecz takie, które zawierają jakieś błędy, przeinaczenia. Podczas naszych sobotnich spotkań pokazuje nam różne ilustracje. “Widzisz ten detal?” – pyta mnie któregoś dnia. – “W rzeczywistości nigdy go tam nie było”. Fascynuje go sposób, w jaki Europa i Ameryka wyobrażały sobie antyczną Grecję. Bada fantazmaty i halucynacje późniejszych artystów i naukowców, którzy nie tyle odtwarzali, ile raczej wymyślali na nowo antyczne dzieła. W tym przypadku mamy do czynienia z nasiloną bibliofilią, która tylko od czasu do czasu ociera się o bibliomanię.

GJ: Widzę, że granica jest płynna.

EH: To prawda. Trudno uchwycić przejście między stadium zdrowej miłości do książek a fazą obsesyjnego uzależnienia od nich. Kolejny z moich przyjaciół zbiera osiemnastowieczne dzieła według sobie tylko znanego klucza. Kolekcjonuje również zegarki, przy czym zasada jest taka, że liczba obiektów zawsze musi się zgadzać z liczbą dni w danym roku, ponieważ każdego ranka zakłada na rękę inny zegarek. W związku z tym za każdym razem, gdy kupuje nowy eksponat, musi także coś sprzedać. Cały zbiór trzyma w swoim biurze – w sekrecie przed żoną.

W kontekście bibliofilii i bibliomanii zauważalne jest pewne napięcie w relacjach damsko-męskich…

Nie nazwałbym tego „napięciem”, ale rzeczywiście zdarzają się konflikty. Poza tym świat rzadkich książek i antykwarycznych kolekcji był i wciąż jest przede wszystkim światem męskim.

Nie ma żadnych kolekcjonerek?

Są i stają się coraz bardziej widoczne, ale wciąż znajdują się w mniejszości. Można je spotkać na przykład podczas targów książek antykwarycznych (w Nowym Jorku, Kalifornii czy Paryżu), gdzie albo reprezentują duże instytucje zajmujące się rzadkimi publikacjami, albo kupują rzeczy do własnych kolekcji. Niektóre spośród najlepszych księgozbiorów świata zostały stworzone właśnie przez kobiety. Pierwszy z brzegu przykład to kolekcja Mary Hyde (z pismami Dr. Samuela Johnsona), należąca obecnie do Uniwersytetu Harvarda. Moja przyjaciółka z Nowego Jorku, Caroline Schimmel, przekazała niedawno jednemu z amerykańskich uniwersytetów swoją tematyczną kolekcję „Women in the American Wilderness” (Kobiety na amerykańskim pustkowiu). Fascynujący zbiór dzieł!

Każdy może stworzyć ciekawą i ważną kolekcję: kobieta, mężczyzna, ludzie zamożni i biedni. Duży budżet na zakup książek pomaga, ale nie jest niezbędny. Potrzebne są dwie inne rzeczy: pasja i pomysłowość. Byle nie przesadzić. Znam ludzi, którzy gotowi są nie jeść, żeby zaoszczędzić pieniądze, które następnie wydają na rzadkie druki.

GJ: W angielszczyźnie słowo “bibliomania” pojawiło się w połowie XVIII wieku. Posłużył się nim Philip Dormer Stanhope, czwarty hrabia Chesterfiled, w liście do nieślubnego syna, w którym przestrzegał swą latorośl przed nadmierną aktywnością czytelniczą, sprowadzającą młode umysły na złą drogę. Mówiąc wprost: odwodził syna od lektury. Czy i my potrzebujemy dziś podobnej przestrogi?

EH: To trudne pytanie, na które nie sposób udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Życie bez książek utraciłoby blask. Z drugiej strony – nie każdego stać na kupowanie rzadkich książek. Jeśli trwonimy cały majątek na ten cel, wówczas zapewne powinniśmy poszukać pomocy u specjalisty. Zatem bibliofilia – tak, natomiast bibliomania – niekoniecznie.

Młodych czytelników zawsze zachęcam do kontaktu z książkami. Mój uniwersytet organizuje konkurs kolekcjonerski dla studentów. Każdy może zgłosić do niego swój tematyczny zbiór. Jeśli wygra, może wystartować w ogólnokrajowym konkursie kolekcjonerskim organizowanym przez Bibliotekę Kongresu. To jest przepustka do świata profesjonalnych kolekcjonerów. W ostatnich latach Uniwersytet Johnsa Hopkinsa był w USA bezkonkurencyjny.

GJ: Jakie kolekcje zgłaszają studenci?

EH: Przeróżne. Zbiór musi być wyjątkowy i zorganizowany wokół przewodniej idei. Jeden z uczniów, cierpiący na poważne niedobory finansowe, postanowił, że zgromadzi kolejne wydania tylko jednej książki: angielskiego bestsellera z XVII wieku. The Pilgirm’s Progress [“Wędrówka pielgrzyma”] autorstwa Johna Bunyana. W jego kolekcji znalazły się dawne wydania, przekłady na inne języki, adaptacje komiksowe, edycje ilustrowane etc. W ten sposób powstała wyjątkowa i fascynująca kolekcja, która prezentuje losy jednego arcydzieła, podróżującego przez epoki, języki i kultury.

GJ: Wróćmy do bibliofilii i bibliomanii? Proste, ale fundamentalne pytanie: dlaczego? Dlaczego ludzie dostają bzika na punkcie książek?

EH: Jak wspomniałem: to szczególna choroba duszy. Równie dobrze można by zbierać muszle znad morza. Przyjemnie szumią, gdy przyłożymy je do ucha. Ale wszystkie szumią tak samo. Gdy otwieramy książkę, niemal zawsze znajdujemy w niej coś nowego. Każdy kontakt z dziełami przeszłości jest wyjątkowym doświadczeniem. Niewiele jest na świecie rzeczy, które oferują nam tak wielką –wręcz nieskończoną – różnorodność. Tego właśnie szukają bibliofile i bibliomaniacy.

Jeden z profesorów pracujących na moim uniwersytecie, Richard Macksey, ma w domu siedemdziesiąt tysięcy książek. W zasadzie to nie on jestwłaścicielem tego domu, lecz one. Są wszędzie: w pokojach, w hallu, na schodach, w toalecie, w szafkach… Richard jest gościem w wielkiej bibliotece, w którą zamieniło się jego domostwo. Gdy spogląda się na tę okazałą posiadłość z zewnątrz, w oknach widać książki, jakby przytulały się do szyb, by złapać promienie słońca. W głównym pomieszczeniu znajdują się wysokie regały z drabinami, po których niegdyś można się było wspiąć na samą górę, by ściągnąć coś z najwyższych półek. Teraz jest to niemożliwe, gdyż książki stoją również na stopniach drabiny. Zajęły każdy kąt.

GJ: Jak on się w tym wszystkim odnajduje?

EH: Nie ma żadnych problemów z lokalizacją poszczególnych książek. Doskonale wie, gdzie ich szukać. Przez pięćdziesiąt lat wykładał literaturę francuską. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że zajęcia powinny się odbywać w jego prywatnej bibliotece. Dlaczego? Wyobraź sobie wykład o Prouście, podczas którego nauczyciel sięga na półkę i wyjmuje pierwsze wydanie jego dzieła ozdobione autografem autora…Jednym gestem przenosi swych studentów w przeszłość.

Kolekcja jest częścią jego ciała albo na odwrót: jego ciało stało się częścią zbioru. Ile masz książek?

GJ: Kilka, może kilkanaście tysięcy.

EH: No to świetnie rozumiesz, o czym mówię. Swoją drogą, zapewne już się zorientowałeś, że granica została przekroczona…

GJ: Mam tego świadomość.

EH: Szukasz lekarstwa?

GJ: Nie.

EH: I słusznie, bo nie ma na to żadnego leku. Kolekcja, którą tworzymy, jest naszym portretem, naszą autobiografią, odbiciem naszej twarzy, obrazem naszego wnętrza. Dotyczy to nie tylko zbioru książek, także miejsca, w którym je przechowujemy. Każdy zbieracz prędzej czy później zaczyna fantazjować o idealnym pomieszczeniu dla swojej kolekcji. Najpierw projektuje je w wyobraźni, potem przechodzi do czynu.

GJ: Zdarza się, że ludzie połknęli już bakcyla bibliomanii, jednak nie mają pieniędzy na zakup książek, a ich ambicje są ogromne. Wtedy zaczyna się kryminał. Znana jest historia Stephena Blumberga, który ukradł przeszło dwadzieścia tysięcy woluminów z dwustu sześćdziesięciu trzech amerykańskich i kanadyjskich bibliotek!

EH: W jego przekonaniu nie doszło do kradzieży. On te książki “wyzwolił”. U niego – konesera – było im dużo lepiej niż w zimnych bibliotecznych salach, do których przeważnie zaglądają dyletanci. Oto bibliomania w czystej postaci!

Opowiem ci historię, która przydarzyła mi się dziesięć lat temu. Sprzedawca starych map, E. Forbes Smiley, odwiedzał biblioteki starodruków, wycinał z książek mapy, a następnie wypuszczał je na rynek przez dealerów. Został aresztowany podczas próby kradzieży map z biblioteki Uniwersytetu Yale. Ale miesiąc wcześniej przyjechał do naszej biblioteki, z której – jak się później okazało – w ciągu dwudziestu lat (zanim zacząłem tam pracować) ukradł kilkadziesiąt dokumentów. Poprosił mnie o jeden ze starych atlasów. Nie wiedząc, z kim mam do czynienia, zacząłem opowiadać o książce. Narzekałem na zniszczenia, które poczynił czas, a także na brak kilku kart (wyciętych – o czym nie miałem pojęcia – właśnie przez niego!). Reakcja Smileya była natychmiastowa. Wypisał mi czek na tysiąc dolarów, sugerując, żebyśmy wykorzystali te pieniądze na renowację atlasu. Bezczelność kleptobibliomaniaków nie ma granic!

Czasem, ale tylko czasem, zdarza się, że taka patologia prowadzi do czegoś dobrego. Zarekwirowane w domu Stephena Blumberga książki zostały przewiezione do magazynu FBI. Złodziej usunął z woluminów wszystkie znaki, by uniemożliwić ich identyfikację. Agenci federalni musieli skatalogować kolekcję, by ułatwić bibliotekom poszukiwania. W trakcie działań operacyjnych jeden z tych agentów zaczął się interesować rzadkimi książkami. Stały się jego pasją. Z tego, co wiem, oparł się pokusie, by wynieść ze służbowego magazynu parę woluminów.

GJ: Wspomniałeś o zakupionej przez Uniwersytet Johnsa Hopkinsa kolekcji fałszywek. Dla historyków to wielka gratka (dokumenty z dawnych epok), ale jaką jeszcze wiedzę możemy zyskać, studiując falsyfikaty?

EH: Czy wiesz, dlaczego Jezus jest dziś prezentowany jako przystojny mężczyznaz długimi włosami i brodą? Żaden z biblijnych dokumentów nie zawiera opisu jego fizjonomii. A jednak na większości świętych obrazów oglądamy Jezusa w takiej postaci. Dlaczego? Źródłem tego wyobrażenia jest tak zwany List Lentulusa, epistoła napisana rzekomo przez rzymskiego konsula Publiusa Lentulusa (żyjącego w czasach Augusta), skierowana do rzymskiego senatu. List zawiera szczegółową deskrypcję twarzy Chrystusa. Problem polega na tym, że jest to średniowieczna fałszywka, która cieszyła się tak niebywałą popularnością, że artyści tworzący wizerunki Jezusa, zaczęli się nią inspirować. Naszą wyobraźnię kulturową ukształtowały nie tylko prawdziwe dokumenty, ale także fałszywki, które wciąż produkowane są na masową wręcz skalę.

GJ: Kolekcja jako mapa kultury?

GJ: Oczywiście. I pomost wiodący nas do jej źródeł. Cztery lata temu prowadziłem kurs dla pierwszoroczniaków. Pokazałem im przepięknie ilustrowany manuskrypt datowany na około 1425 rok, który należał do jednego z papieży: późniejsza –osiemnastowieczna – oprawa wskazuje na Piusa VI. Byli niezwykle poruszeni. Jeden z nich zaczął płakać z wrażenia. Na szczęście stał kilka kroków od stołu, na którym leżał manuskrypt, więc nie doszło do katastrofy.

Mówiąc poważnie, “dzielenie się” książkami dotyczy nie tylko specjalistów, ale wszystkich, którzy chcą przeżyć fantastyczną przygodę. To może być znakomite narzędzie komunikacji między pokoleniami. Ale musimy o nie dbać. Książki są niczym orchidee. Trzeba je odpowiednio pielęgnować. Po co? Dlaczego mielibyśmy się opiekować papierowymi przedmiotami? Otóż dlatego, że to spoiwa między nami a przeszłością. Tracimy bliskich, tracimy domy, całe miasta, cywilizacje, ale ich ślady pozostają w książkach.

Przeszłość ocalała – nie zapominajmy o tym! – przede wszystkim na zapisanych lub zadrukowanych kartkach papieru!

II

GJ: Mylą się ci, którzy myślą, że pisanie po książkach to zły nawyk?

EH: I to jeszcze jak! Dzięki takim zapiskom za pięćset lat będzie wiadomo, jak się w naszych czasach myślało, czytało i obchodziło z tekstami. Odegramy kluczową rolę w badaniach naukowych… i to długo po naszej śmierci.

GJ: W jaki sposób powinienem robić notatki na marginesach?

EH: Przede wszystkim powinieneś zadbać o to, by twoje zapiski były czytelne… Większości znaków pozostawionych w książkach, które oglądałem, nie możemy rozszyfrować z powodu brzydkiego charakteru pisma. Bardzo cię jednak proszę, żebyś nie mazał po starych i rzadkich księgach, ponieważ w ten sposób możesz zniszczyć rzeczy, które same w sobie posiadają historyczną wartość, niezależnie od tego, czy zawierają twoje odręczne notatki, czy nie. Są cenne, gdyż przetrwały tak długo.

GJ: Określasz się mianem “archeologa czytania”. Czym się taki archeolog zajmuje?

EH: Nasz zespół wybrał termin “archeologia”, ponieważ celem prowadzonych przez nas badań jest naukowa, obiektywna interpretacja dawnych sposobów lektury. Czytanie jest niezwykle subiektywną aktywnością, archeologia natomiast posiada zestaw wyjątkowych reguł, praktyk, technologicznych narzędzi i metod badawczych. Transkrybując odręczne notatki z książek i udostępniając je w formacie przeznaczonym do maszynowego odczytu (XML), umożliwiamy statystyczną analizę wszystkich zapisków, które zostały umieszczone w danej księdze (a czasem w jednym dziele znajduje się dziesięć tysięcy takich adnotacji!) oraz innych woluminach czytanych przez tę samą osobę. W ten sposób otrzymujemy statystycznie istotne informacje na temat lekturowych zwyczajów i strategii, które w formie analogowej są poza naszym uchwytem.

GJ: Czego możemy się dowiedzieć, analizując zapiski poprzednich czytelników danej książki?

EH: Jeśli tylko uda nam się rozszyfrować takie notatki (w czym ładny charakter pisma bardzo pomaga), możemy się zapoznać ze spontanicznymi, nieprzefiltrowanymi myślami osoby żyjącej setki lat wcześniej. W drukowanych książkach znajdujemy idee, które autor przygotował specjalnie dla czytelników. Dla odmiany lektura glos, które nie były przeznaczone do druku, pozwala na bezpośredni wgląd w czyjś sposób myślenia. Nasze rozumienie przeszłości staje się dzięki temu pełniejsze, bardziej złożone.

GJ: Notowanie na marginesach jest ściśle związane z technologią druku.

EH: Musimy pamiętać, że technologia druku nieustannie ewoluowała (podobnie jak internet w naszych czasach). Pod koniec XVI wieku druk stał się nieodzowną częścią codziennego życia, przynajmniej życia wykształconych elit. Właśnie dlatego sposób użycia i rozwiązania technologiczne, które wykorzystywano do produkcji książek, nieustannie się zmieniały. Niektóre książki z dziedziny nauki były przekształcane w narzędzia obliczeniowe za pomocą specjalnych obrotowych plansz – matematycznych i astronomicznych ilustracji wycinanych nożycami, które warstwowo przyszywano do stronicy księgi. Można było zmieniać palcem układ poszczególnych części, a potem obliczać parametry ruchu gwiazd i planet, albo kolejnych faz księżyca. Dostosowywano również marginesy drukowanych książek: drogie edycje miały szerokie marginesy, natomiast tanie wydania – wąskie. Renesansowi czytelnicy (na przykład Gabriel Harvey, którego adnotacje są obiektem naszych studiów) znaleźli sposób na wąskie marginesy w małych publikacjach. Otaczali tekst notatkami, zapełniając każdy kawałek wolnego miejsca. Żeby te zapiski przeczytać, trzeba obracać tom o trzysta sześćdziesiąt stopni.

Dawni użytkownicy starali się zmaksymalizować możliwości książki kodeksowej, by pomieścić w niej jak największą liczbę glos, tworzyli swego rodzaju mapę swych myśli pozostających w relacji ze słowami i ideami rozrzuconymi na setkach czy tysiącach stron. Wprowadzali również odnośniki do innych książek, które wówczas czytali, albo które leżały akurat na ich stołach. Mówiąc inaczej: “personalizowali” swoje książki w taki sam sposób, w jaki dziś personalizujemy nasze konta na Facebooku. Adnotacje, które odkrywamy w starych księgach, przypominają mi czasem wpisy na blogu. Wiele możemy się z takich wpisów dowiedzieć na temat ludzi. To samo dotyczy czterystuletnich książek z zapiskami.

GJ: Kiedy wpadłeś na pomysł tych archeologicznych badań?

EH: Wspominałem ci już, że gdy zacząłem studia magisterskie, dostałem klucze do jednej z największych bibliotek z rzadkimi książkami na świecie. Moje artykuły z tamtego okresu dotyczyły książek i manuskryptów, które po prostu ściągałem z półek, albo które biblioteka właśnie zakupiła. Przyglądałem się notatkom na marginesach. Nieco później odkryłem notatniki z ciekawostkami i przydatnymi cytatami, czyli notesy, w których dawniej zapisywano przemyślenia towarzyszące lekturze (ich autorzy akurat nie lubili pisać po swoich książkach). Do wygłoszenia wykładu na otwarcie wystawy takich notatników zaprosiłem profesora Tony’ego Graftona (miało to miejsce dzień po 11 września – to osobna historia!). Grafton jest jednym z najwybitniejszych znawców renesansowych sposobów lektury. Jedenaście lat później siedzieliśmy z Tonym w pubie w Leuven – zostaliśmy zaproszonymi do udziału w akademickiej konferencji na inny interesujący nas obu temat: literackich fałszerstw. I nagle wypłynął wątek książek z odręcznymi notatkami. Jedno belgijskie piwo później przysiedliśmy się do profesor Lisy Jardine z University College w Londynie. Reszta jest historią (lub – jak w tym przypadku – archeologią).

GJ: Anthony Grafton powiedział, że dzięki Waszym badaniom będziemy mogli spoglądać przez ramię renesansowych uczonych, by dowiedzieć się, w jaki sposób czytali książki. Dlaczego wybraliście właśnie ten okres?

EH: W Renesansie wydarzyło się wiele rzeczy, ale być może dla takich badaczy jak Grafton i Lisa Jardine najciekawszą z nich był ekstatyczny powrót do greckiej i rzymskiej literatury antycznej. Uczeni, żołnierze, dyplomaci i królowie – wszyscy oni uchodzili za niewykształconych, jeśli nie mieli przeczytanej historii starożytnego Rzymu Liwiusza lub traktatu o zasadach prowadzenia wojny Frontinusa.

GJ: Czy będziecie się zajmować zapiskami pozostawionymi w książkach z innych okresów?

EH: Rozmawiałem z badaczami reprezentującymi inne dyscypliny na temat możliwych sposobów wykorzystania naszego renesansowego projektu do studiów nad historią czytania. Przykłady? W Princeton University znajduje się biblioteka Jacques’a Derridy z książkami, w których filozof robił notatki. Mój kolega z Johns Hopkins University, profesor Jacques Neefs, bada uwagi korektorskie nanoszone przez dziewiętnastowiecznych autorów (niezwykle wpływowe postaci takie jak Balzac czy Stendahl). Piękno technologii i cyfrowych archiwów z otwartym dostępem – jak nasze, które zawiera wszystko, zarówno spersonalizowaną przeglądarkę, jak i kod programowy – polega na tym, że można robić z nich wciąż nowy użytek. Myślę, że zaletą naszej archeologicznej pracy jest to, że koncentruje się ona na czymś tak uniwersalnym jak czytanie. Być może praca ta okaże się przydatna również dla innych właśnie dlatego, że nie jest to “statyczne” archiwum internetowe, zaprojektowane po to, by udzielić odpowiedzi na szczegółowe pytania badawcze. Przynajmniej taką mamy nadzieję.

GJ: Wspomniałeś, że obecnie zajmujecie się glosami Gabriela Harveya? Kim był ów jegomość?

EH: Wybraliśmy Harveya, ponieważ dwadzieścia pięć lat temu Jardine i Grafton napisali niezwykle wpływowy artykuł na temat jego notatek (Jak Gabriel Harvey czytał Liwiusza?). To kamień milowy w badaniach. W rzeczywistości jednak niewiele wiemy na temat adnotacji Harveya. Wiadomo, że odebrał znakomite wykształcenie w Cambridge. Był “profesjonalnym czytelnikiem”, któremu przedstawiciele ówczesnej arystokracji płacili za lekturę antycznych i nowożytnych autorów – takich jak Liwiusz i Frontinus, ale też Castiglione czy Machiavelli – by wydobył z ich dzieł informacje na temat etykiety dworskiej, sztuki dyplomacji czy metod prowadzenia wojny.

GJ: Pozostawił po sobie istotne dzieła?

EH: Za życia nie opublikował zbyt wiele, a po śmierci został niemal całkowicie zapomniany. Ale miał wpływ na znaczące postaci swoich czasów (Sir Philipa Sidneya czy Edmunda Spensera), posiadał też własną bibliotekę, był patologicznie uzależniony od czytania… i miał świetny charakter pisma! Jak piszą Jardine i Grafton, “czytał, by działać”. Wiedzę zgromadzoną przez antycznych i renesansowych uczonych przekładał na praktyczne porady, które mogły mieć realne zastosowanie w jego czasach.

GJ: Jakie książki ze swej kolekcji uzupełnił komentarzami?

EH: W korpusie tekstów, nad którymi aktualnie pracujemy, pierwsze miejsce pod względem liczby notatek zajmuje Liwiusz. Ale są też inne dzieła, których nie uwzględniliśmy, na przykład kopia Kwintylianowego traktatu o sztuce gramatyki i retoryki.

GJ: Dlaczego akurat Liwiusz?

EH: Jest to najważniejsza i najbardziej wpływowa historia starożytnego Rzymu, która przetrwała do Renesansu. Dzieło, które każdy dobrze wyedukowany człowiek musiał przeczytać i zapamiętać. Jego mocną stroną były rozważania poświęcone rzymskiemu imperializmowi, a Harvey czytał Liwiusza, by znaleźć wskazówki przydatne ludziom, którym zależało na rozwoju szesnastowiecznej Anglii. Trzeba pamiętać o kontekście historycznym, czyli ogromnych imperialnych ambicjach innych europejskich potęg: Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Hiszpanii oraz Francji. Liwiusz był czymś w rodzaju podręcznika dla początkujących. Studiując wielkie zwycięstwa i sromotne porażki rzymskich cesarzy, generałów i dostojników można się było dowiedzieć, co należy, a czego nie należy robić.

GJ: Które z komentowanych przez Harveya dzieł jest Twoim ulubionym?

EH: W tej chwili chyba angielska wersja traktatu Machiavellego O sztuce wojny (1573)… Harvey przekształcał ten tekst na wiele różnych sposobów. W jednym z fragmentów Machiavelli zauważa, że posiadanie “ludzi, żelaza, pieniędzy i strawy” jest podstawą udanej wyprawy wojennej. Harvey zmienił tę listę na: “masy, metal, monety i mięso”, żeby ułatwić jej zapamiętanie. Na końcu paragrafu napisał po prostu: “MMMM”. Chciał przekształcić książkę w narzędzie mnemotechniki. Na górze strony pewną ręką zapisał po łacinie: “regula regularum” (regułą wszystkich reguł) dla każdego żołnierza jest “nieustępliwie dążyć do zdobycia przewagi”. To samo tyczy się samego Harveya i sposobu, w jaki czynił pragmatyczny użytek ze swej dobrze wyposażonej biblioteki.

W wielu innych jego książkach można znaleźć pomysłowe próby wykorzystania systemów symbolicznych i wizualnych znaków. Kiedy chce zrobić odniesienie do majestatu króla, po prostu rysuje słońce; przy fragmencie poświęconym wojnie umieszcza symbol Marsa. Wszystko to zostało przez nas zakodowane, więc można się zapoznać z każdym przykładem takiej interwencji w tekst, co poszerza naszą wiedzę na temat systemów symbolicznych i metod glosowania tekstu. Zakodowaliśmy także wszystkie fragmenty z podkreśleniami, dzięki czemu można studiować sposoby podkreślania i ich związek z uwagami zapisanymi na marginesie.

Tak oto jesteśmy w stanie zrekonstruować sposób, w jaki Harvey dostosowywał zadrukowaną stronę do swoich potrzeb. Możliwości analizy tego materiału w środowisku cyfrowym są po prostu nie-by-wa-łe!

GJ: Czym była dla Harveya czynność lektury, a czym jest ona dla nas?

EH: Czytał po to, by oddziaływać na renesansowy świat. Jako “profesjonalny czytelnik” czytał, by wpływać na wpływowych ludzi. Czytał starożytne teksty, ponieważ naprawdę wierzył – podobnie jak wielu jemu współczesnych – że starożytny historyk zajmujący się Rzymem może mu przekazać więcej użytecznych informacji na temat historii, metod prowadzenia wojny, moralności etc., niż jakikolwiek nowożytny teoretyk. Chodziło o inną koncepcję wiedzy i autorytetu. Największe z ludzkich osiągnięć były możliwe nie tylko dzięki najnowszym technologicznym rewolucjom, ale także dzięki pamiętnym czynom i niezapomnianym formułom osób, które umarły tysiąc lat wcześniej.

GJ: Przeszłość, która uczy nas jak wchodzić w przyszłość?

EH: Tak. Na górze tytułowej strony swojej kopii Arystotelesa Harvey napisał: “Decyzje podejmowane przez najlepszych są najlepsze”. W swym ulubionym zbiorze Demostenesa skreślił takie zdanie: “Przyjazny duch, zawsze pod ręką”. Ale czytał też nowożytnych komentatorów piszących na temat wymienionych postaci i podziwiał swych współczesnych. W kopii Geometrii Euklidesa odniósł się do innego z wielkich renesansowych komentatorów, którego książki badamy, Johna Dee – uczonego, alchemika, astrologa i polihistora. “Żadne wydanie Euklidesa nie jest tak pożyteczne, jak to, które ostatnio ukazało się po angielsku, z długą i znakomitą przedmową pana Dee, jednego z najlepszych żyjących matematyków”. Z dzieł współczesnych autorów wydobywał często prawdziwe perły wiedzy. Przykładem może być francuski przekład Civile Conversation Safana Guazzo (Harvey posiadał zarówno wersję angielską, jak i francuską, i obydwie uzupełnił komentarzami). Na marginesie tego dzieła umieścił wspaniałą uwagę: “Baw się ze mną, ale mnie nie rań. Żartuj ze mnie, ale mnie nie zawstydzaj. Oto wybitna reguła uprzejmości”. Proszę bardzo - odprysk prawdziwej uniwersalnej mądrości!

GJ: W fantastycznonaukowej powieści Waltera Tevisa pod tytułem Przedrzeźniacz znajdujemy obraz świata, w którym nie ma już czytelników. Roboty sprawują kontrolę nad pogrążoną w narkotycznym otępieniu ludzkością. Czy myślisz, że taki świat jest możliwy – bez książek i bez czytelników?

EH: Oczywiście. Książki i czytanie są stosunkowo świeżymi wynalazkami technologicznymi. Książka kodeksowa pojawiła się w późnej starożytności. Wcześniej korzystano ze zwojów. Jeszcze wcześniej używano glinianych tabliczek, na które nanoszono tekst za pomocą dłuta. Trzydzieści pięć tysięcy lat temu nasi przodkowie malowali bezsłowne obrazy na sklepieniach jaskiń. Żadnych książek, zero czytelników. Odkrywamy dziś kolejne zagadki działania umysłu (niektóre z nich zaledwie dziesięć lat temu wydawały się nieprzeniknione). Być może za lat sto, albo nawet pięćdziesiąt, książki będą nam wgrywane bezpośrednio do mózgu przez specjalne złącza.

GJ: W Kongresie futurologicznym Stanisława Lema pojawiają się książki w pastylkach, pigułkach, syropach, a nawet lizakach dla dzieci. Trzeba z nimi uważać, gdyż pochłonięcie zbyt dużej ilości może się skończyć niestrawnością.

EH: To, co powiem, może zabrzmi osobliwie, ale wydaje mi się, że gdyby Harvey czy Dee wciąż żyli, uznaliby nasze badania za całkowicie zwariowany pomysł, wręcz niewyobrażalny. Oto piękno “archeologicznego” odkrycia. Tak długo, jak długo istnieć będą atrament, pióro, książki i czytelnicy zapisujący swe myśli na marginesach, te książki z zapiskami, które przetrwały – nieważne, czy w formie starożytnego papirusu, czy średniowiecznego pergaminu, czy osiemnastowiecznego papieru czerpanego – pozostaną dla nas wyjątkowymi nośnikami wiedzy i tradycji, kultury i rozumienia. Dopiero zaczynamy je na poważnie badać. Nie są tak tajemnicze jak naskalne obrazy, ale i tak trudno je odcyfrować.

Nadszedł czas na założenie naszych metaforycznych kasków, pochwycenie kilofów i rozpoczęcie wykopalisk na marginesach książek!


Earle Havens

(ur. ) - history literatury, bibliofil. Jest kustoszem zbiorów specjalnych Sheridan Libraries i pracownikiem naukowym Johns Hopkins University w Baltimore. Zajmuje się historią książki. Jest członkiem klubów zrzeszających bibliofilów, m.in. nowojorskiego Grollier Club, największego i najstarszego amerykańskiego stowarzyszenia miłośników książek. Szefem projektu “Archaeology of Reading”, który ma na celu badanie średniowiecznych i nowożytnych praktyk czytelniczych - m.in. materialnych aspektów rękopisów i starodruków, a także śledzenie unikalnych historii poszczególnych tomów.